Krótki powrót z zaświatów – znowu Hebe Hałl

Dzisiaj będzie bez autorskich zdjęć, bo jedyny aparat jaki posiadam to ten w moim hipersupernowoczesnym smartfonie, i ówże cud techniki wziął i mi padł. Znaczy nie całkowicie, ale bateria wyciąga do 6% i leci w dół. Co średnio zezwala na robienie fotografii.
Mam też aktualnie nieziemski syf w pokoju, ale to nieważna, poboczna kwestia:)
Chyba stopniowo będę wracać, bo „ogarnęłam” studia. Znaczy, powtarzam ostatni rok, ale nie jest to takim złym rozwiązaniem. Przynajmniej na magisterce się porządnie skupię (a przynajmniej mam taką nadzieję).

Na świeżo, moje dzisiejsze nabytki. W drodze powrotnej z uczelni wpadłam do Hebe na Jerozolimskich, oczywiście tylko po maszynki i maskę do włosów. Maski upragnionej nie było (mleczna Kallos), ale oczywiście z pustymi rękoma wyjść nie mogłam.
Mam wrażenie, że tak zaczyna się większość opowieści o zakupach. Poszłam po jedno, wylazłam z czymś innym. Z wielością „innych”.
Wykorzystałam też moją kartę Hebe, i włala: na paragonie znalazłam adnotację o aż 80 gr. rabatu!
W sumie, zawsze coś. Nie żebym marudziła.

Po kolei:

  • meine beloved maszynki Gillette Blue 3, których używam zamiennie z czerwoniastymi. Żadne Wilkinsony czy Bic się nawet nie umywają. I mówię to ja, weteran maszynkowy (z pewnych przyczyn nie dla mnie woski i kremy, lasery jak na razie też).
  • Odżywka Gliss Kur z nowej linii Marrakesh Oil & Coconut. Po krótkim rzucie okiem na skład – akceptowalny, jeśli ktoś nie unika silikonów (bo oczywiście, są, chociaż nie w nadmiarze). Trochę oleju arganowego, ekstrakt z kokosa, pantenol, keratyna – oczywiście przywalone masą „wypełniaczy”, ale nie wygląda to źle. Tym, co mnie uwiodło jest – ZAPACH. Właściwie prawie identyczny jak w brązowej serii Timotei, tej z henną. Mrrrrrrrhmhmm.
  • zamiast Kallosowego słodkiego mlecznego ulepka – Sleek Line Mask Hair Repair z jedwabiem. Recenzje zbiera niezłe, wypróbujemy. I tak planuję ją podrasować, jako że od paru dni przychodzą moje comiesięczne zamówienia z ZSK i Mazideł. Keratyna i białka jedwabiu stoją od zeszłego miesiąca, a teraz dofrunęła masa ekstraktów. I l-cysteina. Chociaż śmierdzi tak, że nieeebioooosa. Nie wiem kiedy się przełamię i zrobię płukankę. 
  • I właściwie główna inspiracja do notki, i coś, co doczeka się opisanego testu. Kiedyś. W Hebe oczywiście podreptałam do wieszaków z maseczkami. I oto mnie zamurowało. Koreańskie maski   w formie płacht na oblicze? Po 3,99zł? Yay. Posiedziałam chwilę i na początek wybrałam dwie. Rozświetlającą z arbutyną i kolagenową z ogórkiem. Firma: Purederm, Skin Recovery  produkcji Adwin Korea Corp. Składy głównie na glicerynie, są PEGi, ale i uczciwa ilość ekstraktów. Zaniepokoiła mnie trochę adnotacja (po angielsku, nie przetłumaczona na polską naklejkę), aby nie stosować na skazy skóry i wypryski. No zaraz, arbutyna i ogórek? Rozjaśnienie przebarwień? Moim zdaniem idealnie pasuje to do cery problemowej. Pytanie, co w składzie może tak podrażnić, że aż odradzają? Chyba, że to jakaś forma dmuchania na zimne? Nie mogę się powstrzymać: mają uroczą literówkę na przetłumaczonej etykiecie – Indredients. Czepiam się, wiem, ale ja to kocham. Jak te dwie się sprawdzą, skuszę się na inne. Perłowa wyglądała zachęcająco.

I na dzisiaj to chyba tyle. Opisywać mam co, nazbierało się bebików, próbek. Testuję też ostatnio sephorowo-douglasowe fluidy, by wybrać ten jeden, idealny, który wytrzyma moje 13h w pracy w paskudnej klimatyzacji. Na razie najwięcej punktów zebrały Guerlain Parure Extreme i Estee Lauder Double Wear. Drugi z nich miałam parę lat temu, ale nie wspominam go zbyt dobrze. Był zbyt ciężki i zapychał. Czy skład się zmienił czy to moja skóra?

Jutro praca. Bu.

:*

Reklamy

Jasna cholera, szatany, otchłanie i mór.

Jak to jest, że następnego dnia po otrzymaniu zamówienia z ZSK (dość sporego, nawiasem mówiąc), w ofercie sklepu pojawia się coś takiego:
KLIK!

No mór zaraza i szatany. Nie można było parę dni wcześniej?

A tak oficjalnie to żyję, ale pracuję na cały etat, stukam pracę magisterską i borykam się z masą mniejszych i większych problemów w real life – nie wiem, kiedy coś napiszę, nie obiecuję. Online jestem raz-dwa dziennie na moment ino.

Ale żyję, i kiedyś wrócę. Howgh.

Savon Noir Neroli od l’Orient

Bez zbędnych kurtuazji, wybaczyć raczcie beznadziejną częstotliwość pojawiania się wpisów. Dopadł mnie paskudny stwór zwany sesją – jak zapewne niejedną z Was. A mazideł do opisania nazbierało się od groma i ciut ciut.

W szybkiej przerwie w nauce wrzucam parę zdań o jednym z moich bardziej udanych nabytków. Ta-DAM, panie i (mniej liczni) panowie, oto Savon Noir Neroli ze stajni, wróc, od firmy l’Orient. Podczas wizyty w rodzinnym mieście (będzie już z miesiąc) namierzyłam małą mydlarnię z całkiem sympatyczną ofertą. Wcześniej wspominała o niej moja ciotka, u której też przyuważyłam owe czarne mydełko. Zrobiłam research na necie i postanowiłam strzelić sobie własne opakowanie. Nie ukrywam, że byłam dość mocno nakręcona. I jak wrażenia? Well…

Oddajmy głos producentowi. Oto obietnice ze strony, cytuję fragmenty:

Savon Noir Néroli to marokańskie czarne mydło wytwarzane od stuleci niezmiennymi tradycyjnymi metodami z miażdżonych oliwek i wody z kwiatów gorzkiej pomarańczy (Neroli). Bogactwo witaminy E zawartej w podstawowym składniku, jakim jest oliwa z oliwek i dodatkowo woda z kwiatów pomarańczy decydują o niepowtarzalnych właściwościach pielęgnacyjnych tego naturalnego kosmetyku.

Savon Noir Néroli nałożony na twarz po demakijażu wnika w głąb skóry i usuwa wszystkie zanieczyszczenia i toksyny doskonale oczyszczając i dotleniając ją. Cera po takim zabiegu jest wyjątkowo nawilżona i promienna. Kosmetyk dedykowany jest szczególnie cerze mieszanej, naczyniowej i jednocześnie bardzo delikatnej.

Zaskakującymi efektami stosowania Savon Noir Néroli jest obkurczenie i uszczelnienie naczyń krwionośnych, regulacja wydzielania sebum oraz widoczna poprawa elastyczności skóry. Wrażliwa cera z problemem pękających naczynek, bardzo wymagająca pod kątem oczyszczania i pielęgnacji, w tym produkcie odnajduje wiernego, niezastąpionego kompana. Sojusznika w dążeniu do pełnej blasku, bez widocznych „pajączków”, jedwabiście gładkiej buzi.

Cuda, ludzie, cuda.

Kocham te sformułowania, niepowtarzalne właściwości pielęgnacyjne, bogactwo, wnikanie, usuwanie zanieczyszczeń poprzez oczyszczanie i dotlenianie (zaraz, a to nie jedno i to samo? Nieee, no skąd.)

Pierwsze wrażenie jest w porządku. Zgrabne pudełeczko z zakrętką, dość standardowe, ale wygodne. Etykieta w ciepłej kolorystyce, lekko orientalna w klimacie. Dużo francuskiego. Druga naklejka, po polsku, już nie jest tak efektowna. Czerń-biel. Przynajmniej czytelnie. Są wszystkie konieczne informacje + kolejna dawka obietnic.

INCI: Potassium olivate, Aqua Neroli, Geraniol, Limonene, Linalol, Benzylique Alcool

Po odkręceniu słoiczka w nozdrza uderza przyjemny, ciepły zapach, lekko „wiercący”. Neroli z odrobiną smaru samochodowego? Nie każdemu może przypaść do gustu, ale mnie kupił (cóż, jest się tą maniaczką dziwnych pachnideł). Konsystencja produktu jest bardzo ciekawa, niespotykana wręcz. Przypomina właśnie… smar. Zmieszany z toffi. Maź jest żółtawo-brązowa, półprzezroczysta. Przy nakładaniu ciągnie się jak jasna cholera, nie jest to wygodne. Zwłaszcza, że trzeba uważać, by do opakowania nie dostała się przypadkiem woda.

Zostawienie otwartego słoiczka na umywalce na czas spłukiwania to stanowczo bad idea. Uprzedzam, bo kiedyś zrobiłam to z moją żółtą glinką, praise me. Mydło takiego potraktowania mogłoby nie przetrwać w nienaruszonym stanie. 

Metoda stosowania? Producent zaleca nałożenie na oczyszczoną już z makijażu skórę na pięć minut, potem masaż wilgotnymi opuszkami palców i spłukujemy. Do zmydlenia wystarczy niewielka ilość, kosmetyk jest całkiem wydajny.

Ale nie sądzę by starczył na pół roku, jak wyczytałam na necie u niektórych użytkowniczek. Chyba, że nakładany raz w tygodniu. Ale co ja się odzywam, większość mazideł kończę w tempie błyskawicznym. U mnie po 3 tygodniach  została 1/3 opakowania. 

Zdjęcia sprzed prawie dwóch tygodni, aktualnie wygląda to już trochę inaczej.

A tutaj zbliżenie. widać takie fajne ciemne drobinki:)

Nałożyłam, potrzymałam, wymasowałam, zmyłam. Ładnie pachniało, w połączeniu z wodą konsystencja staje się milutka. Efekt?

Zmysłowa rozkosz i tak dalej. Używa się bardzo przyjemnie:)

Draństwo oczyszcza. Naprawdę. Skóra aż skrzypi.

Lekko wyrównany koloryt, rozjaśnienie. Zwężone pory. Do tego bonusowo uczucie ściągnięcia, nie przerażające,  ale hardkorowi wrażliwcy lepiej niech się zastanowią. W końcu, było nie było, to mydło. Jakich magicznych rytuałów by nie odprawiało, zawsze będzie bardziej inwazyjne od olejków do oczyszczania (nie mówię o OCM).

Po trzech tygodniach stosowania nie widzę efektów o jakich trąbiło się w sieci.

Zaskórniki mam jak miałam, kratery na swoim miejscu (lekko zwężone są tylko do paru godzin po zabiegu). Ale to nie byłby pierwszy kosmetyk, który innym robi na twarzy rewolucję, tylko u mnie to smutno wygląda.

Podsumujmy:

  1. Nie ma co spodziewać się cudów. Trądziku nie zlikwiduje, zaskórników nie wypędzi na amen, jak z naczynkami nie wiem, nie jestem naczynkowcem, ale nie liczyłabym.
  2. Jako preparat do oczyszczania + okazyjna maseczka oczyszczająca jest jak najbardziej git. Sprawdził się u mnie na pewno lepiej od słynnego mydła Alep. Żele drogeryjne oczywiście się nawet nie umywają.
  3. Nawilżacze i oleje nałożone „po” wchłaniają się momentalnie. Savon Noir stanowi świetny wstęp pod jakieś bardziej treściwe maski.
  4. Stosunek cena/jakość/wydajność dobry. W sklepach internetowych 100g chodzi po 28 złotych. ja kupiłam stacjonarnie, dokładnej ceny nie pamiętam, ale wypadała gdzieś koło tego. Przy oszczędnym stosowaniu mydło może wystarczyć na dwa miesiące.

Produkt bardzo dobry (przy zachowaniu racjonalnego podejścia).

Polecam!

I wracam do nauki. Bu.

Hebe cośtam, Biosilk, Kallos i Korres.

Planowałam, że dziś po zajęciach zajrzę do drogerii Hebe na Jerozolimskich. Po drodze mam z uczelni, a byłam ciekawa ich aktualnej oferty. Ćwiczenia mi się urwały z tytułu godzin dziekańskich, więc podreptałam sobie na spokojnie, zalewając się potem w ten upalny majowy dzień.

Dreptu dreptu, zbliżam się  i zbliżam, i narasta we mnie złe przeczucie. Wycinanki, baloniki, kwiatki, jacyś kolesie z kamerami, paru przystojniaków w fartuszkach i laska w zabawnym kostiumie. Rzut okiem wystarczył bym mogła stwierdzić – psiamać, na jakąś okazję trafiłam. Urodziny. Dżampreza, muzyka, konsultacje i inne takie rozpraszacze. To był ten moment (od 2 tygodni nie odwiedzałam drogerii – niesamowite, wiem), gdy naprawdę przycisnęła mnie już konieczność zakupienia paru drobiazgów, więc NIE obróciłam się na pięcie i NIE zwiałam.

Nie zrozumcie mnie źle, marudzi tylko moja aspołeczna część, która przez to całe zamieszanie nie była w stanie należycie się skoncentrować na kosmetykach. Ogólnie rozumiem takie działania, i pochwalam, bo to w sumie fajna akcja. Ze zniżek skorzystałam, parę bonusów dostałam… Ale oczywiście zestresowana zapomniałam o kilku mazidłach, które KONIECZNIE muszę mieć. Phaw. 

Nie przejrzałam przedniej części sklepu, bo tam stał jeden typ z kamerą. Kątem oka uchwyciłam jakieś kolorowe słoiczki, zapoznam się z nimi bliżej następnym razem, gdy będzie już spokojniej.

W łapki mi wpadło parę artykułów pierwszej potrzeby + bajery. Podstawowym bajerem i obiektem mego pragnienia miał być pędzel do pudru EcoTools, ale ups, nie ostał się. Chociaż jak spojrzałam na ceny tych, które wisiały na ściance, to mi się nieco goręcej zrobiło. Chyba po prostu zamówię komplet z iHerb, prawie dwukrotna przebitka nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.

Bajerem pierwszym wybranym została maska Crema Al Latte od KALLOSa. Recenzje na wizażu ma, że proszę siadać, tania jak barszcz – wypróbujemy. Jeden haczyk – pachnie tak słodko, że przed zastosowaniem będę chyba musiała łyknąć jakieś prochy przeciw mdłościom.


Bajer drugi został mi zaproponowany przez dziewczynę z obsługi. Zaczepiona standardowym „czy mogę pomóc”, wypaliłam, że szukam odżywki do włosów bez spłukiwania, czegoś, co by wygładziło moje smętne, postrzępione piórka. Zaproponowała mi Biosilk Treat – Silk Filler. Droższy był od używanym przeze mnie standardowo specyfików, ale nie nokautował. Butelka spora (350ml), dozownik wygodny. Raz kozie śmierć, wzięłam, przetestowałam w domu od razu po powrocie i powiem, że zapowiada się nieźle.

Z reguły nie radzę się ekspedientek w drogeriach, kosmetyki są delikatnym tematem.

Przemiła kasjerka namówiła mnie na kartę stałego klienta (ujęła mnie obietnicą 10 zeta zniżki, brakiem spamu i niespodziankami z tytułu urodzin – moje w sumie niedługo, więc niech się postarają). Dorzuciła masę duperelek typu podgrzewacze o zapachu bursztynu (ke? zapach bursztynu?), świeczka firmowa Hebe (duża, pomarańczowa, zostanie po niej wyczepisty świecznik), saszetkę do torebki od Pachnącej Szafy – Kwiat Pomarańczy, oraz próbka karczochowego (!) szamponu eko do włosów tłustych od Monotheme.

Powiem, że przeraża mnie trochę, gdy kasjerki idealnie trafiają z typem mojej skóry/włosów w momencie dorzucania próbek. Niby dobrze, ale sprawia to, że myślę – santa maria madonna, AŻ TAK WIDAĆ? Wczoraj zabiła mnie babka w Douglasie, dodając mi do zakupów 3-step dla cery mieszanej od Clinique. A miałam (i mam, dzięki ukochanym kwasom, bardzo BAD FACE DAY. Wróć, week. Month, mać.) Po czymś takim pozostaje tylko iść i popłakać w kącie – albo się urżnąć w trupa. 

Wczoraj natomiast zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie mojego

Balsamu Wszech Czasów.

Nie ze względu na skład, bo niby eko, ale powalająco powalający nie jest. Nie ze względu na właściwości nawilżające – jest dobrze, ale bez opadu szczęki. Ale TEN ZAPACH.

Moje absolutne LUV, proszę państwa, Korres, Kings&Queens, Caspar Myrrh Body Milk.

Pachnie obłędnie, zima czy lato, wiosna czy jesień, pasuje i układa się na skórze idealnie. Co prawda takie wyraziste aromaty trzeba lubić (wieerrrci w nosie, że hej), ale w moje gusta trafia bez pudła. Wygładza, i w dotyku i wizualnie – ale bez chamskiego, tłustego połysku. Nakręcam się na mleczko nadające blask (z drobinkami), i na żel pod prysznic – chociaż tego drugiego stacjonarnie jeszcze nie widziałam. Z innych wersji korci mnie chyba tylko Tytoń. Mirra jest doskonała.

Do kompletu muszę strzelić sobie perfumy, w miejsce nieodżałowanej Habanity od Molinarda. Wiedźmę na pewno jeszcze raz kupię, ale raczej na sezon jesienno-zimowy. W upały robi się na mojej skórze trochę zbyt trupia. Teraz szukam czegoś słodko-gorzko-miękkiego. Ciężko trafić na korzenne, ciepłe perfumy nie dosłodzone ładunkiem cukru z trzech ciężarówek.

Skończyły mi się filtry, w tym miniaturka dr.Jart, o której na dniach napiszę. Jestem na kwasach, a filtry w bb kremach mogą nie być wystarczające. Waham się pomiędzy zamówieniem TheFaceShop Natural Sun SPF 45 PA+++Innisfree Eco Safety No Sebum Sunblock SPF 35 PA+++. Zależy mi, aby filtr nadawał się pod makijaż, dobrze trzymał mat i nie bielił za bardzo facjaty. I żeby chronił przed słońcem, ale to oczywista oczywistość (i obietnica najtrudniejsza do dotrzymania). Nie znam się zbytnio na filtrach, ale Innisfree zawiera chyba tylko fizyczne? Czy to wystarczy?

I na koniec gorzka uwaga – minęły ponad dwa tygodnie kwasów, na obliczu dalej mam masakrę na masakrze na Guernice. Jeszcze dwa poczekam na JAKIEŚ efekty, chociaż powoli wymiękam. Na razie mam wrażenie, że dorobiłam się tylko kolejnych blizn, których będę musiała się w bólach dłuuugo pozbywać. Jeśli nic z tego nie będzie po miesiącu, proszę, gdy następny raz coś wspomnę o kwasach – niech KTOŚ mnie kopnie w odwłok. 

Dziękuję. 

Skwaszona.

Nie wiem co mnie podkusiło, ostatnio doprowadziłam skórę do stanu akceptowalnego (jak na mnie), tzn bez wyraźnych wulkanów. Nawet po przebudzeniu wyglądałam niezbyt tragicznie, yay! Ale szlag mnie trafiał gdy patrzyłam na te przeklęte zaskórniki panoszące się na moim szlachetnym obliczu. Otwarte, zamknięte, nie do zamaskowania tapetą, full service. Do tego kolekcja blizn i przebarwień, nieodłącznych towarzyszy trądziku.

W lodówce stoi krem azelo/bha z BU, został jeszcze miesiąc do daty ważności. W szafce pół butelki toniku aha/bha 10%. Krótka piłka, właściwie bez głębszego zastanowienia postanowiłam pozłuszczać się w te ostatnie (prawdopodobnie) dni stonowanej pogody.

Wysyp zaliczyłam cudowny, jak zawsze po kwasach. Łuszczenie się zaczęło, ale na razie bez bajerów. Najgorsze są te wulkany. Wiem, oczyszczanie bla bla bla, wiem, zawsze tak było, ale w moim życiu tylko raz udało mi się dotrzeć do tego etapu „po” wysypie, gdy cera stała się wyrównana i gładka. Po ostrych mazidłach od dermatologa, już nawet nie pamiętam jakich. Tyle ich było.

Wtedy trwało to długo, teraz przypalę się solidnie, bo mam najwyżej miesiąc – przed upałami. Tylko proszę, niech mnie ktoś pocieszy, że jest sens męczyć się  z tym wysypem, że coś z tego będzie, że chociaż część tych przeklętych zaskórników zejdzie, bo odkąd odstawiłam hormony sytuacja jest kiepska. A nie mogę do nich wrócić jeszcze przez pewien czas.

Ciężko mi momentami wierzyć w te historie o „oczyszczaniu się” cery. Moje doświadczenia są niezbyt pocieszające. Potwierdzi ktoś skuteczność? Tym bardziej, że po wysypie zawsze zostają mi kolejne blizny, czy kwas sobie poradzi i z nimi?

Niby już mam za sobą kuracje kwasami, które trwały długo, ale efektów nie było. No nic, ostatnia próba.

To był taki mały skórny self-hejt. 

dobra zabawa z pinkmelon.pl

Odkryłam, że kiedy mam marny dzień, znakomicie poprawia mi nastrój porównanie cen produktów koreańskich PinkMelon.pl vs Ebay.

Rozumiem konieczność utrzymania się, marże muszą być i tak dalej… Ale na litość boską i ateistyczną, kiedy z przebitką trzeba zapłacić ponad dwukrotnie więcej, to już tylko sturlać się z krzesła na dywanik i płakać ze śmiechu. 

Potraktujcie tę notkę, proszę, jako krótką lekcję pod tytułem: Ebay nie gryzie. Sklepy internetowe polskie są fajne, gdy nie przeginają z narzutem i zapewniają szybką wysyłkę. Warto dać parę złotych więcej za krótki czas oczekiwania, pewność co do oryginalności produktu i bezpieczeństwo paczki. Ale sklep PinkMelon tego nie zapewnia.

Teraz lekcja poglądowa.

Skinfood Gold Kiwi Sun Cream. Zamówicie tutaj czy tutaj?

Jeszcze się turlam.

Zasady funkcjonowania pinkmelon.pl mnie wkurzają. Mają w ofercie pewną ilość kosmetyków, które ciężko jest sprowadzić, i ktoś nieobeznany w sieciowych zakupach jest na nich skazany, co całkowicie wykorzystują. Biznes is biznes, kapitalizm kapitalizmem, ale liczą sobie za pośrednictwo jak za wytworzenie produktu. Trzeba myśleć perspektywicznie, a nie „jakby tu wydoić z klienta jak najwięcej”. Już lepiej zrobić zbiorowe zamówienie na gmarket. Międzynarodowy kosmetyków azjatyckich funkcjonuje coraz lepiej, oferta na Ebay też się poszerza, i prawdopodobnie niedługo konkurencja kopnie ich w tyłek.

Na co mam nadzieję.

A jeśli ktoś dalej myśli o zamówieniu czegoś od Pink Melon, polecam ten wątek na forum wizażu (dzięki Seraphase za przypomnienie).

Zrób Sobie Krem Hałl

Jak już na pewno wspominałam, jestem maniaczką półproduktów kosmetycznych. Pielęgnacyjnych specyfików drogeryjnych raczej unikam, ze względu na całą gamę występujących w nich zapychaczy, substancji podrażniających itede, których moja cera bardzo stanowczo nie kocha.

Kiedyś (po magisterce raczej) się skoncentruję i wysmaruję wpis o moich początkach z naturalną pielęgnacją. Aktualnie czasu niet, i ograniczę się do pomniejszych wzmianek.

Poniższe zamówienie zostało znacząco ograniczone w porównaniu do poprzednich przeze mnie złożonych. Zorientowałam się, że puszczam na półprodukty niesamowitą kasę, a część z nich leży i się kurzy. Bardziej skomplikowane mieszanki tworzę rzadko, ostatnio raczej skupiam się na nawilżających żelach z ekstraktami, olejkach eterycznych i (absolutna podstawa) olejkach myjących i hydrolatach. Luv hydrolaty miłością wielką i nieprzemijającą.

Tak więc, wiedziona głosem rozsądku, który w mojej własnej głowie wyzywał mnie od najgorszych, chwyciłam (wirtualny) ołówek i z koszyka na ZSK wykreśliłam mniej-więcej połowę zawartości. Zostawiłam jedynie to, bez czego nie mogłabym się obejść, + obiekty najgorętszego pożądania. Kwota do zapłacenia w magiczny sposób skurczyła się ponad dwa razy.

Ale żeby nie było tak pięknie, tę nadwyżkę finansową i tak wydałam na inne, całkowicie mi zbędne dobra. Tak, ja i oszczędzanie na kosmetykach. Ale ubaw.

Niestety, ZSK miało przerwę majówkową, więc na paczkę czekałam ponad tydzień zamiast zwyczajowych dwóch dni. A właśnie hydrolaty mi się pokończyły, z olejku myjącego zostało kilka kropli i ogólnie byłam na skraju depresji, myślałam że już będę musiała kupić coś w drogerii.

Żeby było weselej, przy kompletowaniu zamówienia OCZYWIŚCIE zapomniałam o tym cholernym olejku. Gdy sobie przypomniałam, już po opłaceniu, odkryłam, że wcale nie jest dostępny (teraz już tak, wtedy nie). Przeniosłam się na stronę BU, wybrałam parę rzeczy, opłaciłam… I zorientowałam się, że kliknęłam wszystko co chciałam – ale ZNOWU bez olejku. Kurna. Musiałam smarować maila do sklepu, na szczęście miło i szybko zmienili mi zamówienie. 

Paczka z ZSK przybyła dziś, tej z Biochemii spodziewam się jutro.

A teraz przejdźmy do zawartości.

Glinka biała „porcelanowa” – do tej pory stosowałam żółtą, przeznaczoną właśnie do cery mieszanej. Niestety, trochę jednak mnie podrażniała (minęły czasy, gdy mogłam nakładać na twarz solidną warstwę zielonej glinki). Przy jednym z zamówień, miesiąc czy dwa temu otrzymałam próbkę tejże białej glinki. Jest o wiele delikatniejsza, nie wysusza, przy tym nie można pominąć walorów estetycznych – szarobiała twarz straszy chyba trochę mniej od brudno-zielono-żółtej:) Zamówiłam 50 g i będę sobie robiła truskawkowe maseczki, yay.
 
Naturalne olejki: bergamotowy i z drzewa herbacianego. Zużywam średnio fiolkę każdego na miesiąc, są jedną z podstaw mojej pielęgnacji. O antybakteryjnych właściwościach drzewa herbacianego wie chyba każdy, to coś w rodzaju podręcznej rakietnicy na wypryski. Olejek eteryczny z bergamotki też działa antybakteryjnie, a przy tym ma absolutnie zachwycający zapach. Nie mogę się powstrzymać i ciągle dodaję parę kropel do brodzika przed prysznicem, świetnie mnie budzi o co bardziej barbarzyńskich godzinach.
 
Hydrolat z róży stulistnej – jeden z dwóch ukochanych hydrolatów (drugi to oczarowy). Tonizuje, łagodzi podrażnienia, nie wyżera twarzy jak większość drogeryjnych toników. Część zawsze wlewam do butelki z dyfuzorem, odrobina alantoiny, HA i niacynamidu – mam idealną mgiełkę do utrwalania makijażu. Mieszam go z olejkiem myjącym przy demakijażu.
 
Kwas mlekowy – do ustalania pH przy bardziej problematycznych formulacjach
 
TADAM! Oto dwa półprodukty których pożądałam od jakiegoś czasu, i na które w końcu się zdecydowałam. 
 
Hydromanil oraz kolagen z elastyną. HA nawilża mnie całkiem fajnie w odpowiednim stężeniu, ale nie radzi sobie zbytnio z moimi zmarszczkami mimicznymi. Jako że ciągłe włażenie tapety w te zmarszczki jest wkurzające, postanowiłam wypróbować kolagen. Nałożyłam odrobinę na czoło przed kremem pielęgnacyjnym, i po 8 godzinach jest całkiem całkiem. Zobaczymy. A o hydromanilu jeszcze napiszę więcej – gdy go porządnie przetestuję.
 
Bonusowo otrzymałam 5ml sproszkowanego korundu-mikrodermabrazji. Aktualnie używam peelingu ze skały wulkanicznej, ale to cudo też obaczymy:)
 
Edit: własnie zjawił się Pan Kurier z paczką z Biochemii, mrrr. O tym innym razem:)
 
 
 

.Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream

Jak napisałam wcześniej, niesiona falą manii na punkcie wszystkiego, co ślimaczkowe, ściągnęłam sobie z drugiego krańca świata (czyli z Korei) pakiet trzech próbek Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream. Miłość do ślimaków przezwyciężyła nawet niechęć do samej firmy, jako że jeszcze żaden z produktów Misshy nie sprawdził się na mojej kapryśnej skórze. Ale jak wiemy, nadzieja matką głupich, a nuż widelec, co gdyby i tak dalej.

Uwaga,  notka jest MINI-RECENZJĄ. Nie oceniam skutków długofalowych, jako że po tygodniu stosowania produktu z próbek ciężko takowe ocenić. Skupię się na efektach doraźnych. 

Przybliżmy produkt. Jest to przeciwzmarszczkowe cudo, według producenta zapewniające wybielenie, nawilżenie, złagodzenie podrażnień, spłycenie blizn, uszkodzeń i tak dalej i tak dalej. Tańczy, śpiewa, gotuje, naprawi skarpety i przyszyje guziki do koszuli.

Krem ma nadawać się do wszystkich typów cery. Nie zawiera barwników, parabenów i pochodnych ropy naftowej. Dokładnego składu nie byłam w stanie zlokalizować, z tego co wyczytałam zawiera 70% wyciągu ze śluzu ślimaka. Do tego jakiś macierzyste komórki roślinne, ekstrakt z baobabu i koncentrat z wód oceanicznych (?). Prawdziwy morderca/pogromca (pogromca brzmi lepiej?) zmarszczek i rycerz uciśnionej, przesuszonej skóry.

Swoją drogą, podziwiam sposób, w jaki grafikowi przygotowującemu kampanię udało się przedstawić ślimaka w sposób odświeżający, absolutnie higieniczny i wręcz połyskujący nieskazitelnością. 

Do wykorzystania miałam 3 saszetki z kremem. Jedna starczyła na dwa użycia, bez szczególnego oszczędzania. Zatem romansowałam z niniejszym mazidłem tylko trzy dni, na noc i na dzień, przy ograniczeniu innych nawilżaczy. Dlaczego ograniczeniu, a nie odstawieniu? Ha.

Pierwsze wrażenie było pozytywne. Nazwanie tego kremem było działaniem nieco na wyrost, produkt ma leciuchną, żelową konsystencję. Zapach jest przyjemny, świeży. Przy nakładaniu  pojawia się miłe uczucie chłodu, na lato i upały jak znalazł. Wchłonięcie następuje błyskawicznie, substancja wręcz znikała z palców od razu po przyłożeniu ich do twarzy. Skóra lekko się napięła, moje mimiczne zmarszczki na czole odrobinę się wygładziły. Tylko odrobinkę.

Krótkie info: mam cerę mieszaną, wrażliwą, ze skłonnością do wszelkich niedoskonałości. Miejscowo przesuszoną, ale i przetłuszczającą się. Full service. 

No właśnie. Tyćkę. Tyciunię. To przyjemne napięcie zniknęło może po 30 minutach, zastąpione paskudnym uczuciem suchości i sztywności skóry. Nałożyłam kolejną warstwę i poszłam spać. Rano obudziłam się z totalnie przesuszoną, szorstką cerą, ze zmarchami i zagnieceniami od poduszki na środku facjaty. Jak zobaczyłam te bruzdy to sprawdziłam sobie metrykę, czy oby na pewno mam 23 lata a nie 33. Krem zwyczajnie nie wyrobił. Moja twarz zawsze entuzjastycznie spijała wszelkie nawilżacze, ale z reguły jakiś efekt się utrzymywał chociaż na czas snu – regeneracji. A tu?  Wooody! Wooooody! Umieeeraam!

Nic to, użyjemy na dzień, pod makijaż. Znowu to samo, nawilżenie nawet godziny nie trwało. Krem BB wlazł mi we wszelkie możliwe pory i skórki, a zaznaczę, że z reguły tak nie cuduje. Następnego dnia nauczona doświadczeniem wprowadziłam serum nawilżające „pod”, i wtedy efekty były już akceptowalne. Wyprasowało mnie na trochę dłużej, ale znowu niewystarczająco.

Znaczy jak, moje serum na bazie HA+aloes+D-panthenol lepiej nawilża od cudownego wyciągu ze śluzu ślimaka? Doraźnie tak. Na dłuższą metę? Nie wiem, i się nie przekonam, bo krem nie spełnia moich podstawowych wymagań dotyczących nawilżenia. Szkoda kasy na pełne opakowanie, jeśli i tak musiałabym się wspomagać czymś solidniejszym. Jesli kogoś stać, może zaopatrzyć się we wszystkie produkty z tej serii, w teorii powinny się uzupełniać, ale dla mnie to zbyt droga impreza.

Podsumowując:

  • Lekki, przyjemna konsystencja, błyskawicznie się wchłania. Dla cer bardzo tłustych – jak znalazł. Dla cer z oznakami przesuszenia może być niewystarczający. Jednakże nie zapchał, krzywdy nie zrobił, wysypu nie zaobserwowałam.
  • Napina skórę, wygładza zmarszczki, ale tylko troszeczkę i krótkodystansowo. Nie wiem jak działa na dłuższą metę, po powiedzmy paru miesiącach stosowania – może i czyni cuda. Ale nie przekonam się, mam inny typ.
  • Nawilżenie na poziomie miernym, zupełnie nie tego się spodziewałam po ślimaku. Bez wspomagania nie ma co liczyć na utrzymanie tapety w stanie względnie nienaruszonym.

Jestem o wiele bardziej zadowolona ze ślimaczka od TonyMoly:) Ten nawilżył jak trzeba, czekam na kolejne próbki od Madzialeny, potestuję dłużej, opiszę i może, może skuszę się na pełnowymiarową wersję.

HOWGH.

kolejna paczka z Korei – tym razem wersja mini

Rozdarta pomiędzy problemami zdrowotnymi a sprawami uczelnianymi (te pierwsze ustępują, a tych drugich ostro przybywa) z trudem jestem w stanie znaleźć czas i natchnienie na wyczyny literackie. Wracając do domu z reguły robię „klap” na łózko i kimam, a po wybudzeniu z drzemki załączam sobie tryb zombie i przeglądam Internety bez zbytniego angażowania komórek mózgowych.

magisterka, magisterka.

Doszła do mnie mini paczuszka zamówiona przez ebay. Znowu od tego samego sprzedawcy, i znowu coś jest nie tak. No cholera.

Zamówiłam miniaturki z antytrądzikowej serii pod wezwaniem dr.Jart+, Sensitive Sun Cream oraz Spot Out. Mini-tubka z filtrem jest perfekto, pełna, cała i tak dalej. Ale już ta z żelem antytrądzikowym –  praktycznie pusta. Odkręciłam zakrętkę radośnie, ojej, popatrzę co to, powącham, potestuję. Naciskam leciutko. Nic nie leci. Naciskam odrobinę mocniej, bojąc się by nie wylać przez przypadek połowy zawartości. Nic. Jeszcze mocniej. Znowu nic. Kiedy przycisnęłam plastik tak, jak tubkę kończącej się pasty do zębów, na dziurce aplikatora pojawiła się kropelka płynu.

Teoretycznie w tym czymś powinno być 5ml produktu. Tam 1 ml nie ma. Ktoś sobie z kulki leci. Nie wiem, czy sklep czy dystrybutor. Ja wiem, że to byle co, ale rany julek. Jedno zamówienie może się spieprzyć, bywa. Ale dwa pod rząd? I tutaj nawet ich rewelacyjny kontakt z klientem już za wiele nie pomaga. (Feedback mają świetny, miło, szybko, grzecznie).

W imię zapomnianych próbek z poprzedniego zamówienia dorzucili mi jedną bonusowo. No łał. Szał ciał i uprzęży.

Zawartość mini-paczki prezentuje się tak:

    • wspomniane powyżej mazidła dr.Jart, to te dwie małe tubki
    • zamówiony pakiet trzech próbek Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream, czyli kontynuacja mojej ślimaczkowej manii.
    • próbka Missha Time Revolution Wrinkle Cure Melting Rich Mask Cream, te azjatyckie nazwy…
    • próbka ACNE-X Claryfying Toner, nie bardzo dla mnie, nie używam toników odkąd przerzuciłam się na hydrolaty
    • TonyMoly AC Control Acne Cleansing Foam, takich cudów też nie stosuję, luv olejki z emulgatorem.
    • TonyMoly Tomatox, a tego już jedną saszetkę mam, czeka na swoją kolej, druga też się pewnie przyda.

 Cóż, czyhanie na darmowe próbki zawsze było loterią. Wolę jednak zamawiać konkretnie to co chcę, chociaż wtedy odpada element Niespodzianki. A ja kocham niespodzianki:)

Skończyłam listek Snail Nutrition Triple Function BB Cream od Skin79, i nie powiem, mocno korci mnie by zamówić całe opakowanie. Zrobię  oddzielny post z mini-recenzją po 3 użyciach (ślimaczek wydajny jest ekstraordynaryjnie). Zastanawiam się tylko, Wersja 15g czy od razu szarpnąć się na 40g? Swoje kosztuje, a boję się, czy mnie na dłuższą metę na zapcha. Do tego dochodzi kwestia podróbek, produkty Skin79 są podobno reprodukowane na prawo i lewo, zna ktoś wiarygodnego sprzedawcę?

Z niusów pozakosmetycznych – goję się po operacji ładnie, i już sobie spokojnie śmigam, bez zbytniego forsowania, ale jest dobrze. I z tejże okazji dołączę na sam koniec katechezę.

Laski, badajcie sobie piersi. To ważne. Częste samobadanie + regularne wizyty kontrolne u lekarza + przynajmniej raz do roku USG. Parę godzin wystanych w kolejkach w przychodniach nikogo jeszcze nie zabiło, a zaniedbanie – TAK. Naprawdę wiele osób. 

elajf, aczkolwiek niedługo

O wybaczenie upraszam, biegania trochę mam ostatnio, na pisanie czasu niet. A na domiar wesołego jutro z samego rana ląduję w szpitalu, więc mój offline się przedłuży przynajmniej do piątku.

Tematów do recenzji/notek już mi się nazbierało, ale cóż, poczekają.

luv.