Monthly Archives: Kwiecień 2012

kolejna paczka z Korei – tym razem wersja mini

Rozdarta pomiędzy problemami zdrowotnymi a sprawami uczelnianymi (te pierwsze ustępują, a tych drugich ostro przybywa) z trudem jestem w stanie znaleźć czas i natchnienie na wyczyny literackie. Wracając do domu z reguły robię „klap” na łózko i kimam, a po wybudzeniu z drzemki załączam sobie tryb zombie i przeglądam Internety bez zbytniego angażowania komórek mózgowych.

magisterka, magisterka.

Doszła do mnie mini paczuszka zamówiona przez ebay. Znowu od tego samego sprzedawcy, i znowu coś jest nie tak. No cholera.

Zamówiłam miniaturki z antytrądzikowej serii pod wezwaniem dr.Jart+, Sensitive Sun Cream oraz Spot Out. Mini-tubka z filtrem jest perfekto, pełna, cała i tak dalej. Ale już ta z żelem antytrądzikowym –  praktycznie pusta. Odkręciłam zakrętkę radośnie, ojej, popatrzę co to, powącham, potestuję. Naciskam leciutko. Nic nie leci. Naciskam odrobinę mocniej, bojąc się by nie wylać przez przypadek połowy zawartości. Nic. Jeszcze mocniej. Znowu nic. Kiedy przycisnęłam plastik tak, jak tubkę kończącej się pasty do zębów, na dziurce aplikatora pojawiła się kropelka płynu.

Teoretycznie w tym czymś powinno być 5ml produktu. Tam 1 ml nie ma. Ktoś sobie z kulki leci. Nie wiem, czy sklep czy dystrybutor. Ja wiem, że to byle co, ale rany julek. Jedno zamówienie może się spieprzyć, bywa. Ale dwa pod rząd? I tutaj nawet ich rewelacyjny kontakt z klientem już za wiele nie pomaga. (Feedback mają świetny, miło, szybko, grzecznie).

W imię zapomnianych próbek z poprzedniego zamówienia dorzucili mi jedną bonusowo. No łał. Szał ciał i uprzęży.

Zawartość mini-paczki prezentuje się tak:

    • wspomniane powyżej mazidła dr.Jart, to te dwie małe tubki
    • zamówiony pakiet trzech próbek Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream, czyli kontynuacja mojej ślimaczkowej manii.
    • próbka Missha Time Revolution Wrinkle Cure Melting Rich Mask Cream, te azjatyckie nazwy…
    • próbka ACNE-X Claryfying Toner, nie bardzo dla mnie, nie używam toników odkąd przerzuciłam się na hydrolaty
    • TonyMoly AC Control Acne Cleansing Foam, takich cudów też nie stosuję, luv olejki z emulgatorem.
    • TonyMoly Tomatox, a tego już jedną saszetkę mam, czeka na swoją kolej, druga też się pewnie przyda.

 Cóż, czyhanie na darmowe próbki zawsze było loterią. Wolę jednak zamawiać konkretnie to co chcę, chociaż wtedy odpada element Niespodzianki. A ja kocham niespodzianki:)

Skończyłam listek Snail Nutrition Triple Function BB Cream od Skin79, i nie powiem, mocno korci mnie by zamówić całe opakowanie. Zrobię  oddzielny post z mini-recenzją po 3 użyciach (ślimaczek wydajny jest ekstraordynaryjnie). Zastanawiam się tylko, Wersja 15g czy od razu szarpnąć się na 40g? Swoje kosztuje, a boję się, czy mnie na dłuższą metę na zapcha. Do tego dochodzi kwestia podróbek, produkty Skin79 są podobno reprodukowane na prawo i lewo, zna ktoś wiarygodnego sprzedawcę?

Z niusów pozakosmetycznych – goję się po operacji ładnie, i już sobie spokojnie śmigam, bez zbytniego forsowania, ale jest dobrze. I z tejże okazji dołączę na sam koniec katechezę.

Laski, badajcie sobie piersi. To ważne. Częste samobadanie + regularne wizyty kontrolne u lekarza + przynajmniej raz do roku USG. Parę godzin wystanych w kolejkach w przychodniach nikogo jeszcze nie zabiło, a zaniedbanie – TAK. Naprawdę wiele osób. 

elajf, aczkolwiek niedługo

O wybaczenie upraszam, biegania trochę mam ostatnio, na pisanie czasu niet. A na domiar wesołego jutro z samego rana ląduję w szpitalu, więc mój offline się przedłuży przynajmniej do piątku.

Tematów do recenzji/notek już mi się nazbierało, ale cóż, poczekają.

luv.

Tony Moly, czyli ki diabeł? Pierwsze starcie.

Nic tak nie ustawia humoru na cały boży dzień, jak wizyta listonosza z rana, i od razu z dwiema paczkami. Luv. Osładza to nawet konieczność zawleczenia swojej własnej smętnej osoby na zajęcia na uczelni, o zgoła nie cywilizowanej godzinie.

Nie radzę sobie z porankami. Bardzo nie radzę.

Błąkając się po necie trafiłam  na bloga Madzialeny. Niewiasta ta trudni się od jakiegoś czasu próbą otworzenia pełnowymiarowego sklepu internetowego z produktami koreańskiej firmy Tony Moly. Sklep będzie tutaj, a tymczasem zapoznać się z ofertą można za pośrednictwem zakładki „mini-sklepik” na wspomnianym blogu.

Skuszona wyjątkowo niskimi cenami próbek (kaman, taniej niż na ebayu), naskrobałam maila z prośbą o przesłanie mi paru arkuszy. Kontakt był rewelacyjny, raz-dwa się dogadałyśmy, paczka została wysłana błyskawicznie i już dzisiaj ucieszyła moje oczy. W środku znalazłam wszystko, o co prosiłam, + mały bonus w postaci dwóch dodatkowych próbek (to zielone cuś w lewym dolnym rogu zdjęcia i baza pod podkład Sephory – dziękuję bardzo, zieleniec się przyda, a z bazy ucieszyła się koleżanka, u niej się sprawdzała kiedyś bardziej niż u mnie). Dzięki jeszcze raz:*

Jak widać po prawej stronie, do Tony Moly Expert Triple BB Cream już się dobrałam.

Pierwsze wrażenia?

  • dosyć treściwy, „kremowy”, ładnie się rozprowadza, ale trzeba uważać, by nie przesadzić. Można zrobić nim maskę
  • kolor lekko różowawy, jasny, ale bez przesady. Po wtopieniu się wygląda bardzo ładnie, podobnie do Lioele Triple Solution (który jest bardziej żółtawy). Róż nie jest zbyt intensywny, na mnie (jestem odcieniowym mieszańcem) prezentuje się dobrze.
  • krycie (znowu) prawie jak w Lioele Triple the Solution. Ogólnie jakieś podobne są. Solidne, przykrywa mniejszych wrogów na twarzy, na większych przyda się korektor, tradycyjnie.
  • daje przyjemny efekt zdrowej cery,  bez zbędnego połysku, ale i bez tępego matu. Moja tłusta skóra jednak domagała się lekkiego przypudrowania.
  • a po powrocie z uczelni… – trwałość. Z tym jest cienko. Po około 3h zaczął się świecić, po 5 wyglądał jak-cię-mogę, wlazł drań w pory, suche skórki i osadził się w zmarszczkach mimicznych. Na odległość raczej nie rzucało się w oczy, ale z bliska perfekcji już nie było. Fakt faktem, mam dziś słaby dzień, może też nałożyłam bb cream zbyt grubą warstwą. Efekt początkowy był super, z tym świeceniem u mnie to nic dziwnego (a ostatnio zmieniłam krem matujący, na Tołpa dermo face, sebio, i jakoś ani fluidy ani kremy bb się z nim nie dogadują na dłuższą metę). Przetestuję jeszcze, może bez wstępnego zagruntowania cery, na inny krem, w jakiś wolny dzień. Ma potencjał, to pewne.
  • Dla w miarę zbalansowanej cery będzie jak znalazł, wyrówna i zakryje co trzeba. 

W drugiej tego dnia paczce znalazły się dwa zamówione przez mnie na Allegro maleństwa: minaturka 5ml dr.Jart BB Silver oraz próbka „ślimaczka”- Snail Nutrition BB Cream, firmy Skin79. Transakcja była przyjemna, przesyłka bardzo szybka. Do tego słodki dodatek – miło, ale takie działania powinny być zakazane. Tak się starałam ograniczać słodycze, a tu: czekoladka. I to z advocaatem. Moja wola została złamana, chlip.

Przy okazji: czy to nie zabawne, w każdej przesyłce którą człowiek otrzymuje, największą radość sprawiają właśnie te małe, darmowe niespodzianki – a nie przemyślana i opłacona właściwa zawartość. 

Srebrny dr.Jart będzie robił za korektor idealny, krycie ma spektakularne, na co dzień na całą twarz przyciężki, ale miejscowo – działa niczym kamuflaż. I nie jest różowy – wtapia się we wszystkie mazidła które mogę mieć na twarzy. Aktualnie wersja mini, do tej roli wystarczy, ale może kiedyś…:)

Co do „ślimaczka”. Bogiem a prawdą, za produktami Skin79 nie przepadam. Ich najbardziej popularne kremy bb mogę sobie o kant tyłka potłuc, kryć nie kryją, świecę się po nich jak wiadomo czemu wiadomo co – ot, moja mieszana cera ich nie kocha – delikatnie ujmując. Jednakże poczytałam sobie ostatnio o hajpie na kosmetyki z zawartością śluzu ślimaka – podobno cuda czynią cerom problemowym. Stąd próbka w moim posiadaniu. Bliżej opisywać zagadnienia nie będę, kto zechce, to zapyta wujka Google.

Nawiasem mówiąc, dwie z saszetek od Madzialeny zawierają ślimaczkowy krem (a jakże) TonyMoly. A z ebaya leci do mnie wersja Misshy. Śliiiimaaaaki, śliiiimaaaaki. Obrzydliwa nie jestem, lubię ślimaki:)

A, i jeszcze jedno. Wczoraj doskrzydełkowały do mnie próbki z Meow Cosmetics. Siedzę otoczona  proszkami i dumam. Z rozpędu strzeliłam sobie do nich dwa pędzle, niedrogie, jak dla początkującej, i zastanawiam się jak ogarnąć te „mineralne minerały”. Na razie drogą eliminacji wyłoniłam ze stosu dwa odcienie, Sleek Mau i Sleek Korat, z tym, że jeden jest różowawy, a drugi żółtawo-beżowy. I wydaje mi się, że oba mi pasują. Desperacja.

Nie kryją też, jak się spodziewałam (Flawless Feline). I na co je kłaść? Podrzuci ktoś pomysł na dobrą bazę pod minerały?

Meow meow. Ale to już temat na osobną notkę.

The Face Shop Black Head EX Nose Clay Mask, czyli o depilacji doskonałej

Nie będę ukrywać, że mam dość zaawansowany problem z zadomowionym na mojej twarzy plemieniem czarnych głów. Uparte toto i nawet kwasy nie potrafią skłonić go do spakowania manatków i zabrania się z mojego nosa. Na co dzień tapeta swoje robi, ludzi raczej nie straszę, ale w życiu każdego człowieka bywają momenty, gdy musi pokazać się bez makijażu – no i zonk.

Skóra moja przypomina trochę krajobraz księżycowy, z adekwatną ilością kraterów, więc na początku nie przewidywałam większych komplikacji z zastosowaniem standardowych naklejanych na nos pasków. A tu figa. Nie ruszają mnie właściwie wcale, te cudowne chwalone paski Nesura robią mniej niż lekki peeling.

Przeczytałam w Sieci o mazidle będącym tematem tej notki, i co tu kryć, zapaliłam się. Formuła maski, nie płatka tkaniny, z definicji pozwala na idealne dopasowanie się do krzywizn rysów twarzy. Ta-DA-DAM, czyżby długo oczekiwane wybawienie?

Zaaplikowałam sobie to cudo na twarz prawie od razu po rozpakowaniu pudełka (po rozgrzaniu twarzy, otworzeniu porów itd ). Ale oczywiście przecież nie należy wierzyć producentowi, jeśli napisał że dany produkt należy stosować na NOS, no skąd, trzeba być cwanym i uznać, że wie się lepiej, i że na pewno, ale to na pewno nie zaszkodzi.

I przeinteligentna Caryca radośnie nałożyła lepką maź na całą strefę T + część policzków. Dość grubą warstwą (krótka uwaga o wydajności: maska starczy może na 4-5 aplikacji na sam nos). Schło długo jak diabli, powyżej 30 minut, tak na kamień. I wtedy się zaczęło.

Zrywałam maksymalnie delikatnie, a i tak myślałam, że umrę teraz, w tym momencie, zostawcie mnie, nie zdejmę tego, będę tak żyła z szarą gliną na twarzy. Chciałabym zaznaczyć, że raczej nie jestem typem „aj! to kłuuuuje! mamusiuu, ja już nie moooogę, boooli!”. Swoje woski się przeżyło.

Procedura trwała z kwadrans, a kiedy załzawionymi oczami spojrzałam na trzymaną w dłoni skorupę…

Wkurzyłam się. Centralnie, całkowicie i bezkompromisowo. Maska z całego obszaru który objęła usunęła może 5 (słownie: PIĘĆ) czarnych głów. A cała jej powierzchnia była pokryta małymi włoskami, meszkiem, który wcześniej znajdował się na mojej twarzy. Zgarnęła wszystko na gładko, co oczywiście przypłaciłam podrażnieniem i małym wysypem. Zaczęłam podejrzewać, że na tych krążących po necie zdjęciach pokazujących „efekty”, widać tak naprawdę właśnie jakieś grubsze włoski, psiamać.

Znaczy, nie mam pretensji o zlikwidowanie mojego meszku na czole, bo sama byłam taka mądra i nałożyłam tam maskę, ale na nosie konsekwencje były identyczne. Jakbym chciała mieć wosk do twarzy, to bym kupiła wosk do twarzy, a nie maskę usuwającą zaskórniki. tym bardziej, że mam dość zanieczyszczoną cerę, jeśli (po zadbaniu o otwarcie porów) z mojej skóry niczego nie „złapało”, to z jakiej złapie?

Cholera wie, może dla kogoś się nada, każda twarz jest inna. Ale ja mówię tej paciai duże, tłuste NIE.

Lioele Triple the Solution BB cream – paczka z Korei

Zapaliłam się do kremów BB jakiś czas temu, męcząc się ze zgoła nieskłonną do współpracy cerą, odkąd pamiętam musiałam nakładać na nią kilogram szpachli, żeby spokojnie wyjść na ulicę. Budżet licealistki/młodej studentki nigdy nie był zbyt imponujący, więc siłą rzeczy skazana byłam na drogeryjne mazidła średniawej jakości.

Efekt zapewne znacie same: tłustawa, spływająca z facjaty maź, włażenie w pory, trwałość wystarczająca ledwo na wyskoczenie po bułki do spożywczaka. Do tego dochodziły problemy z kolorem – jestem dość blada, a oferta kolorystyczna podkładów na polskim rynku jest skierowana raczej dla Indianek.

Ale o tym innym razem. Przeskoczyłam sobie z tych cienizn na fluidy trochę lepsze, ale dalej drogeryjne (nabawiłam się przy okazji dozgonnej nienawiści do l’Oreala), później na apteczne (hate Vichy, ale sprawdza się u mnie seria Pharmaceris).

I pewnego pięknego dnia przeczytałam gdzieś w sieci o kremach BB. Nie pamiętam, czy był to blog, czy forum wizażu. Nie będę dokładnie opisywać tutaj na czym polega „fenomen” BB. Zamiast tego zarzucę linkami do osób zasiedziałych w tej tematyce, polecam dokładną lekturę blogów: Mllou i Azjatycki Cukier.

Dokładniejsze dywagacja jak bardzo kremy BB „odmieniły moje życie” zostawię sobie na później, na osobną notkę. Przetestowałam ich trochę, głównie w formie próbek i minitubek (allegro & Asian Store). Ostatecznie, dążąc do równowagi pomiędzy naturalnym efektem a dobrym kryciem, zdecydowałam się na Lioele Triple the Solution (link do aukcji na ebay). Przy okazji zamówiłam też The Face Shop Nose Clay Mask, które to cudo robiło  furorę na blogach, kupiłam tutaj.

Nie mam doświadczenie z kosmetykami ściąganymi z Korei, ale wydaje mi się, że paczka dotarła bardzo szybko, w 6 dni od wysyłki (czyli szybciej niż w przypadku niektórych zamówień na polskich stronach internatowych, tak, Biochemio, do Ciebie tu piję). Byłam mocno zaskoczona kiedy domofonem zadzwonił listonosz, nie spodziewałam się przesyłki przed Świętami. Skacząc z radości jak upośledzony króliczek otworzyłam pudełko (porządny kartonik, zawartość zabezpieczona styropianowymi „chrupkami”) i zaczęłam obmacywać moje cudeńka. Przyszły w stanie idealnym, opakowanie fabryczne, nie ruszane, maska zafoliowana. Perfecto.

Nagle coś mnie tknęło, próbki! Miałam obiecaną darmową próbkę, do kremu BB, a w cichości liczyłam też na jakiś bonus do maski. A tu nic. Null. Zero. Rozczarowanie opadło na mnie falą. Nawiasem mówiąc, dziwnym stworzeniem jest człowiek. Wszystko było idealne, wysyłka, kontakt ze sprzedawcą, a tu takie byle co i od razu cała radocha pryska. No nic, puściłam im sympatycznego i przemiłego maila, zobaczymy jak to rozwiążą. Ogólnie było git, mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, pod innymi względami sprzedawcę mogę polecić. Na razie wystawiłam im ocenę za jedną transakcję, z drugą poczekam na odpowiedź na moje pytanie.

zeswatchowany dość grubą warstwą

Pełnowymiarowy test mojego nowego mazidła opiszę po świętach. Próbka sprawdzała się znakomicie, więc nie spodziewam się żadnych problemów. Kolor jest odrobinę przyciemny, ale ładnie się dopasowuje, zresztą, kupiłam produkt z przeznaczeniem na tę cieplejszą porę roku, spróbuję się odrobinę chociaż opalić (i nie, nie promuję tutaj solary – jestem naprawdę bardzo blada). Odcień odrobinę zółtawo-brzoskwiniowy, zdjęcie zostało zrobione w świetle dziennym. Nałożony cienką warstwą wtapia się przepięknie, pigment „wchodzi” w skórę, nie zostawia efektu maski typowego dla standardowych fluidów, a jednocześnie kryje cudownie, nie trzeba się bawić korektorami. Na większe „suprajsy” wystarczy kolejna warstwa bb creamu (i piszę to z perspektywy osoby, której „niespodzianki” momentami mogłyby obdzielić kilka osób). Próbka mnie nie zapchała, zobaczymy jak będzie teraz.

Podsumujmy, dlaczego wybrałam Lioele Triple the Solution?

  • krycie bez efektu maski, rozszerzone pory precz, blizny apage, cuda niewidy chowajcie się – ale nie jest to magiczna różdżka, więc nie spodziewajcie się całkowitego zamaskowania bardziej hardkorowych wulkanów
  • jest niekomedogenny, w moim osobistym przypadku, bb creamy Mishhy wysypały mnie przeuroczo
  • dopasowujący się odcień
  • wydajność, wystarczy naprawdę odrobina
  • opakowanie – mogłabym rozpisywać się o wygodnej i higienicznej pompce, ale wygląd tubki opisze najlepiej to: ^__________^
  • trwałość – szukałam czegoś, co wytrzyma na problematycznej cerze 13h w pracy w paskudnej klimatyzacji. Może być z poprawkami, nie jestem aż taka naiwna:) Lioele nałożony oszczędnie całkiem się sprawdzał, jutro zaliczy test w łagodniejszych warunkach (tylko 7h), a za tydzień będzie próba ognia.

Konkretniejsze i bardziej usystematyzowane wrażenia już po świętach.

Dla tych co celebrują: Wesołych i mało wkurzających Świąt. Tyle chociaż, bo i tak zimno i mokro będzie.

nu.

będziemy prości, konkretni i przyziemni

Wersja literacka:

Kupiłam sobie dzisiaj małe zielone pudełeczko. I w tym małym zielonym pudełeczku będę trzymać nie wiem co. Ta zieleń w moim pokoju komponuje się jedynie z dwoma pustymi butelkami po piwie imbirowym, wyniesienie których jest czynnością ponad moje siły. 

Wersja przyziemna:

Wracając z popremiowych zakupów (nie wiem, czy nie powinnam użyć słowa „haul”, ale to się zalicza chyba dopiero >5 kupionych artykułów), zaniosło mnie do Empiku. Otępiała rozejrzałam się po półkach, pokręciłam głową i obróciwszy się na pięcie zeszłam piętro niżej do części papierniczej. (Chciałabym zaznaczyć, że podobne zachowanie jest z mojej strony czymś kosmicznie niezwykłym, Empik to dla mnie Ziemia Obiecana, Ararat, Mont Salvat i tak dalej, nie pamiętam kiedy ostatni raz udało mi się opuścić go bez przynajmniej dwóch nowych woluminów). 

Czyli, tak: w Empiku zamiast książki kupiłam małe zielone pudełko. Kartonowe, oklejone w części kolorowym, połyskującym papierem. Kupiłam je, uwaga, z próżności i pustki wewnętrznej, z zamiarem wrzucenia do niego części mojej kolekcji przeróżnych mazideł do twarzy. Kupiłam, pomimo drążącej mnie świadomości, że momentalnie upaskudzone zostanie pudrami, cieniami i paciajami, i że tak naprawdę postawię je na biurku i będę tylko patrzeć na delikatny zielonkawo-złoty deseń na pokrywce. 

Przerwałam na chwilę moje głębokie zamyślenie, by spojrzeć na fruwający mi za oknem mini-helikopter, wyglądający jak skrzyżowanie zielonej żaby (znowu zielony), UFO i wyjątkowo pokracznego pająka. Szybki check-out, rachunek sumienia, nie piłam, nie ćpałam, nie przygotowuję w schowku tajnej broni jądrowej, więc bycie szpiegowaną też odpada. Szybki rzut okiem na dół, na burą jeszcze trawę, osiedlowi gadżeciarze, panowie przed trzydziestką w bluzach z kapturami, z nieświeżym wąsikiem na twarzy i wyraźnie zarysowanymi brzuszkami eksplorują przestrzeń powietrzną typowego ursynowskiego osiedla zamkniętego. Żółć kapturka rysuje mi gałki oczne.

Offtopy są moim przekleństwem. A więc, (więc więc więc więc), pudełko będzie stało na biurku, mój strach przed skażeniem go jest zbyt obezwładniający. Poza tym, po prostu lubię ładne pudełka. Estetycznie. Najzwyczajniej w świecie. To chyba jedna z niewielu stereotypowo kobiecych cech zachowanych we mnie. Czerpię przyjemność z odkrywania ich, cech, nie pudełek. Pudełek też, w sumie. 

Zamiar oddzielenia warstwy racjonalnie rzeczywistej i logicznej od pseudoliterackiego bełkotu najwyraźniej nie wystarczył do sukcesu. Będę ćwiczyć.

Ogólnie, poeta miał na myśli, że jesteśmy puści i barwni, boimy się innych kolorowych, mogą być piękniejsi i bardziej wartościowi od nas. Nie zanurzamy się w nich, zostajemy na powierzchni, ślizgamy się po przyjemnie śmierdzącej benzyną kałuży pozorów, jesteśmy idealni i prości, błędy nie istnieją. Nie zobaczę w tobie człowieka, bo musiałabym przewartościować z twojej perspektywy moje spojrzenie na siebie i otaczający nas piękny, piękny, piękny świat.
To ma być blog kategorii uroda / lifestyle/ ludzie to morony.

Kto by zgadł.