Lioele Triple the Solution BB cream – paczka z Korei

Zapaliłam się do kremów BB jakiś czas temu, męcząc się ze zgoła nieskłonną do współpracy cerą, odkąd pamiętam musiałam nakładać na nią kilogram szpachli, żeby spokojnie wyjść na ulicę. Budżet licealistki/młodej studentki nigdy nie był zbyt imponujący, więc siłą rzeczy skazana byłam na drogeryjne mazidła średniawej jakości.

Efekt zapewne znacie same: tłustawa, spływająca z facjaty maź, włażenie w pory, trwałość wystarczająca ledwo na wyskoczenie po bułki do spożywczaka. Do tego dochodziły problemy z kolorem – jestem dość blada, a oferta kolorystyczna podkładów na polskim rynku jest skierowana raczej dla Indianek.

Ale o tym innym razem. Przeskoczyłam sobie z tych cienizn na fluidy trochę lepsze, ale dalej drogeryjne (nabawiłam się przy okazji dozgonnej nienawiści do l’Oreala), później na apteczne (hate Vichy, ale sprawdza się u mnie seria Pharmaceris).

I pewnego pięknego dnia przeczytałam gdzieś w sieci o kremach BB. Nie pamiętam, czy był to blog, czy forum wizażu. Nie będę dokładnie opisywać tutaj na czym polega „fenomen” BB. Zamiast tego zarzucę linkami do osób zasiedziałych w tej tematyce, polecam dokładną lekturę blogów: Mllou i Azjatycki Cukier.

Dokładniejsze dywagacja jak bardzo kremy BB „odmieniły moje życie” zostawię sobie na później, na osobną notkę. Przetestowałam ich trochę, głównie w formie próbek i minitubek (allegro & Asian Store). Ostatecznie, dążąc do równowagi pomiędzy naturalnym efektem a dobrym kryciem, zdecydowałam się na Lioele Triple the Solution (link do aukcji na ebay). Przy okazji zamówiłam też The Face Shop Nose Clay Mask, które to cudo robiło  furorę na blogach, kupiłam tutaj.

Nie mam doświadczenie z kosmetykami ściąganymi z Korei, ale wydaje mi się, że paczka dotarła bardzo szybko, w 6 dni od wysyłki (czyli szybciej niż w przypadku niektórych zamówień na polskich stronach internatowych, tak, Biochemio, do Ciebie tu piję). Byłam mocno zaskoczona kiedy domofonem zadzwonił listonosz, nie spodziewałam się przesyłki przed Świętami. Skacząc z radości jak upośledzony króliczek otworzyłam pudełko (porządny kartonik, zawartość zabezpieczona styropianowymi „chrupkami”) i zaczęłam obmacywać moje cudeńka. Przyszły w stanie idealnym, opakowanie fabryczne, nie ruszane, maska zafoliowana. Perfecto.

Nagle coś mnie tknęło, próbki! Miałam obiecaną darmową próbkę, do kremu BB, a w cichości liczyłam też na jakiś bonus do maski. A tu nic. Null. Zero. Rozczarowanie opadło na mnie falą. Nawiasem mówiąc, dziwnym stworzeniem jest człowiek. Wszystko było idealne, wysyłka, kontakt ze sprzedawcą, a tu takie byle co i od razu cała radocha pryska. No nic, puściłam im sympatycznego i przemiłego maila, zobaczymy jak to rozwiążą. Ogólnie było git, mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, pod innymi względami sprzedawcę mogę polecić. Na razie wystawiłam im ocenę za jedną transakcję, z drugą poczekam na odpowiedź na moje pytanie.

zeswatchowany dość grubą warstwą

Pełnowymiarowy test mojego nowego mazidła opiszę po świętach. Próbka sprawdzała się znakomicie, więc nie spodziewam się żadnych problemów. Kolor jest odrobinę przyciemny, ale ładnie się dopasowuje, zresztą, kupiłam produkt z przeznaczeniem na tę cieplejszą porę roku, spróbuję się odrobinę chociaż opalić (i nie, nie promuję tutaj solary – jestem naprawdę bardzo blada). Odcień odrobinę zółtawo-brzoskwiniowy, zdjęcie zostało zrobione w świetle dziennym. Nałożony cienką warstwą wtapia się przepięknie, pigment „wchodzi” w skórę, nie zostawia efektu maski typowego dla standardowych fluidów, a jednocześnie kryje cudownie, nie trzeba się bawić korektorami. Na większe „suprajsy” wystarczy kolejna warstwa bb creamu (i piszę to z perspektywy osoby, której „niespodzianki” momentami mogłyby obdzielić kilka osób). Próbka mnie nie zapchała, zobaczymy jak będzie teraz.

Podsumujmy, dlaczego wybrałam Lioele Triple the Solution?

  • krycie bez efektu maski, rozszerzone pory precz, blizny apage, cuda niewidy chowajcie się – ale nie jest to magiczna różdżka, więc nie spodziewajcie się całkowitego zamaskowania bardziej hardkorowych wulkanów
  • jest niekomedogenny, w moim osobistym przypadku, bb creamy Mishhy wysypały mnie przeuroczo
  • dopasowujący się odcień
  • wydajność, wystarczy naprawdę odrobina
  • opakowanie – mogłabym rozpisywać się o wygodnej i higienicznej pompce, ale wygląd tubki opisze najlepiej to: ^__________^
  • trwałość – szukałam czegoś, co wytrzyma na problematycznej cerze 13h w pracy w paskudnej klimatyzacji. Może być z poprawkami, nie jestem aż taka naiwna:) Lioele nałożony oszczędnie całkiem się sprawdzał, jutro zaliczy test w łagodniejszych warunkach (tylko 7h), a za tydzień będzie próba ognia.

Konkretniejsze i bardziej usystematyzowane wrażenia już po świętach.

Dla tych co celebrują: Wesołych i mało wkurzających Świąt. Tyle chociaż, bo i tak zimno i mokro będzie.

nu.

Reklamy

4 responses to “Lioele Triple the Solution BB cream – paczka z Korei

  1. Silverose 11 kwietnia 2012 o 16:54

    Chyba najlepszy w dziedzinie ukrywania cienką warstwą jest Dr.Jart+ Silver Label Rejuvenation, do tego jest cudnie jaśniutki. Mnie też Missha wysypała, ale obecnie już tego nie robi i znów ją polubiłam. Jeśli jednak chodzi o Lioele, to krem o którym piszesz jest ich najbardziej kryjącym.

    • caryca 11 kwietnia 2012 o 17:00

      no patrz, właśnie leci do mnie miniaturka silver:) testowałam próbkę, i początkowo miałam zdecydować się właśnie na ten bb cream, ale pomyślałam że a) będzie tyćkę za jasny na wiosnę/lato (jestem blada, ale ostatnio staram się zejść z poziomu „bladości ekstremalnej” to „zdrowo wyglądającej, jasnej cery”)
      b) kryje faktycznie bardzo mocno, u mnie daje trochę sztuczny efekt. Za to jako korektor – cud marzenie, i w taki sposób będę z niego korzystać

      Z Lioele przerobiłam jak na razie Dollish i Beyond the Solution, Triple najbardziej mi odpowiada. Chociaż Dollish jako baza jest świetny.

      • Silverose 13 kwietnia 2012 o 13:36

        Powinien Ci więc Silver Label bardzo przypasować. Moim zdaniem daje dużo bardziej naturalny efekt niż Lioele Triple The Solution. Co do Dollish, mam ten w wesji fioletowej. Nadaje się dla mnie świetnie, kiedy moja cera ma lepsze dni, ale i tak pod oczy potrzebny jest mi mocny korektor. Ostatnio wpadł mi w ręce „ślimaczkowy” Skin79 i zdziwiło mnie jego dość mocne krycie. Tyle, że on jest nawilżający i idzie moim zdaniem w taki dość mocny róż. Narazie jestem jeszcze w fazie testów. Niemniej jednak czekam na Twoje opinie i postaram się wpadać 🙂

  2. caryca 13 kwietnia 2012 o 14:04

    powiem, że waham się czy nie zamówić pełnej wersji Dollish, ale nie wiem, czy lepszy będzie zielony czy fioletowy. Chyba bardziej podobał mi się efekt wyrównania kolorytu jaki daje fiolet, ale zielony był tyćkę ciemniejszy, i teoretycznie jest bardziej odpowiedni do cery z niespodziankami. chyba zorganizuję sobie próbki jeszcze raz.
    Dzisiaj też dostałam próbkę ślimaczka Skin79, i jak ogólnie ta firma mi nie podpasowała, ślimaczek kusi. ale musi poczekać na swoją kolej:)
    dzięki, miło mi, kolejka mazideł do opisania wydłuża się wręcz przerażająco:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: