Monthly Archives: Maj 2012

Hebe cośtam, Biosilk, Kallos i Korres.

Planowałam, że dziś po zajęciach zajrzę do drogerii Hebe na Jerozolimskich. Po drodze mam z uczelni, a byłam ciekawa ich aktualnej oferty. Ćwiczenia mi się urwały z tytułu godzin dziekańskich, więc podreptałam sobie na spokojnie, zalewając się potem w ten upalny majowy dzień.

Dreptu dreptu, zbliżam się  i zbliżam, i narasta we mnie złe przeczucie. Wycinanki, baloniki, kwiatki, jacyś kolesie z kamerami, paru przystojniaków w fartuszkach i laska w zabawnym kostiumie. Rzut okiem wystarczył bym mogła stwierdzić – psiamać, na jakąś okazję trafiłam. Urodziny. Dżampreza, muzyka, konsultacje i inne takie rozpraszacze. To był ten moment (od 2 tygodni nie odwiedzałam drogerii – niesamowite, wiem), gdy naprawdę przycisnęła mnie już konieczność zakupienia paru drobiazgów, więc NIE obróciłam się na pięcie i NIE zwiałam.

Nie zrozumcie mnie źle, marudzi tylko moja aspołeczna część, która przez to całe zamieszanie nie była w stanie należycie się skoncentrować na kosmetykach. Ogólnie rozumiem takie działania, i pochwalam, bo to w sumie fajna akcja. Ze zniżek skorzystałam, parę bonusów dostałam… Ale oczywiście zestresowana zapomniałam o kilku mazidłach, które KONIECZNIE muszę mieć. Phaw. 

Nie przejrzałam przedniej części sklepu, bo tam stał jeden typ z kamerą. Kątem oka uchwyciłam jakieś kolorowe słoiczki, zapoznam się z nimi bliżej następnym razem, gdy będzie już spokojniej.

W łapki mi wpadło parę artykułów pierwszej potrzeby + bajery. Podstawowym bajerem i obiektem mego pragnienia miał być pędzel do pudru EcoTools, ale ups, nie ostał się. Chociaż jak spojrzałam na ceny tych, które wisiały na ściance, to mi się nieco goręcej zrobiło. Chyba po prostu zamówię komplet z iHerb, prawie dwukrotna przebitka nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.

Bajerem pierwszym wybranym została maska Crema Al Latte od KALLOSa. Recenzje na wizażu ma, że proszę siadać, tania jak barszcz – wypróbujemy. Jeden haczyk – pachnie tak słodko, że przed zastosowaniem będę chyba musiała łyknąć jakieś prochy przeciw mdłościom.


Bajer drugi został mi zaproponowany przez dziewczynę z obsługi. Zaczepiona standardowym „czy mogę pomóc”, wypaliłam, że szukam odżywki do włosów bez spłukiwania, czegoś, co by wygładziło moje smętne, postrzępione piórka. Zaproponowała mi Biosilk Treat – Silk Filler. Droższy był od używanym przeze mnie standardowo specyfików, ale nie nokautował. Butelka spora (350ml), dozownik wygodny. Raz kozie śmierć, wzięłam, przetestowałam w domu od razu po powrocie i powiem, że zapowiada się nieźle.

Z reguły nie radzę się ekspedientek w drogeriach, kosmetyki są delikatnym tematem.

Przemiła kasjerka namówiła mnie na kartę stałego klienta (ujęła mnie obietnicą 10 zeta zniżki, brakiem spamu i niespodziankami z tytułu urodzin – moje w sumie niedługo, więc niech się postarają). Dorzuciła masę duperelek typu podgrzewacze o zapachu bursztynu (ke? zapach bursztynu?), świeczka firmowa Hebe (duża, pomarańczowa, zostanie po niej wyczepisty świecznik), saszetkę do torebki od Pachnącej Szafy – Kwiat Pomarańczy, oraz próbka karczochowego (!) szamponu eko do włosów tłustych od Monotheme.

Powiem, że przeraża mnie trochę, gdy kasjerki idealnie trafiają z typem mojej skóry/włosów w momencie dorzucania próbek. Niby dobrze, ale sprawia to, że myślę – santa maria madonna, AŻ TAK WIDAĆ? Wczoraj zabiła mnie babka w Douglasie, dodając mi do zakupów 3-step dla cery mieszanej od Clinique. A miałam (i mam, dzięki ukochanym kwasom, bardzo BAD FACE DAY. Wróć, week. Month, mać.) Po czymś takim pozostaje tylko iść i popłakać w kącie – albo się urżnąć w trupa. 

Wczoraj natomiast zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie mojego

Balsamu Wszech Czasów.

Nie ze względu na skład, bo niby eko, ale powalająco powalający nie jest. Nie ze względu na właściwości nawilżające – jest dobrze, ale bez opadu szczęki. Ale TEN ZAPACH.

Moje absolutne LUV, proszę państwa, Korres, Kings&Queens, Caspar Myrrh Body Milk.

Pachnie obłędnie, zima czy lato, wiosna czy jesień, pasuje i układa się na skórze idealnie. Co prawda takie wyraziste aromaty trzeba lubić (wieerrrci w nosie, że hej), ale w moje gusta trafia bez pudła. Wygładza, i w dotyku i wizualnie – ale bez chamskiego, tłustego połysku. Nakręcam się na mleczko nadające blask (z drobinkami), i na żel pod prysznic – chociaż tego drugiego stacjonarnie jeszcze nie widziałam. Z innych wersji korci mnie chyba tylko Tytoń. Mirra jest doskonała.

Do kompletu muszę strzelić sobie perfumy, w miejsce nieodżałowanej Habanity od Molinarda. Wiedźmę na pewno jeszcze raz kupię, ale raczej na sezon jesienno-zimowy. W upały robi się na mojej skórze trochę zbyt trupia. Teraz szukam czegoś słodko-gorzko-miękkiego. Ciężko trafić na korzenne, ciepłe perfumy nie dosłodzone ładunkiem cukru z trzech ciężarówek.

Skończyły mi się filtry, w tym miniaturka dr.Jart, o której na dniach napiszę. Jestem na kwasach, a filtry w bb kremach mogą nie być wystarczające. Waham się pomiędzy zamówieniem TheFaceShop Natural Sun SPF 45 PA+++Innisfree Eco Safety No Sebum Sunblock SPF 35 PA+++. Zależy mi, aby filtr nadawał się pod makijaż, dobrze trzymał mat i nie bielił za bardzo facjaty. I żeby chronił przed słońcem, ale to oczywista oczywistość (i obietnica najtrudniejsza do dotrzymania). Nie znam się zbytnio na filtrach, ale Innisfree zawiera chyba tylko fizyczne? Czy to wystarczy?

I na koniec gorzka uwaga – minęły ponad dwa tygodnie kwasów, na obliczu dalej mam masakrę na masakrze na Guernice. Jeszcze dwa poczekam na JAKIEŚ efekty, chociaż powoli wymiękam. Na razie mam wrażenie, że dorobiłam się tylko kolejnych blizn, których będę musiała się w bólach dłuuugo pozbywać. Jeśli nic z tego nie będzie po miesiącu, proszę, gdy następny raz coś wspomnę o kwasach – niech KTOŚ mnie kopnie w odwłok. 

Dziękuję. 

Skwaszona.

Nie wiem co mnie podkusiło, ostatnio doprowadziłam skórę do stanu akceptowalnego (jak na mnie), tzn bez wyraźnych wulkanów. Nawet po przebudzeniu wyglądałam niezbyt tragicznie, yay! Ale szlag mnie trafiał gdy patrzyłam na te przeklęte zaskórniki panoszące się na moim szlachetnym obliczu. Otwarte, zamknięte, nie do zamaskowania tapetą, full service. Do tego kolekcja blizn i przebarwień, nieodłącznych towarzyszy trądziku.

W lodówce stoi krem azelo/bha z BU, został jeszcze miesiąc do daty ważności. W szafce pół butelki toniku aha/bha 10%. Krótka piłka, właściwie bez głębszego zastanowienia postanowiłam pozłuszczać się w te ostatnie (prawdopodobnie) dni stonowanej pogody.

Wysyp zaliczyłam cudowny, jak zawsze po kwasach. Łuszczenie się zaczęło, ale na razie bez bajerów. Najgorsze są te wulkany. Wiem, oczyszczanie bla bla bla, wiem, zawsze tak było, ale w moim życiu tylko raz udało mi się dotrzeć do tego etapu „po” wysypie, gdy cera stała się wyrównana i gładka. Po ostrych mazidłach od dermatologa, już nawet nie pamiętam jakich. Tyle ich było.

Wtedy trwało to długo, teraz przypalę się solidnie, bo mam najwyżej miesiąc – przed upałami. Tylko proszę, niech mnie ktoś pocieszy, że jest sens męczyć się  z tym wysypem, że coś z tego będzie, że chociaż część tych przeklętych zaskórników zejdzie, bo odkąd odstawiłam hormony sytuacja jest kiepska. A nie mogę do nich wrócić jeszcze przez pewien czas.

Ciężko mi momentami wierzyć w te historie o „oczyszczaniu się” cery. Moje doświadczenia są niezbyt pocieszające. Potwierdzi ktoś skuteczność? Tym bardziej, że po wysypie zawsze zostają mi kolejne blizny, czy kwas sobie poradzi i z nimi?

Niby już mam za sobą kuracje kwasami, które trwały długo, ale efektów nie było. No nic, ostatnia próba.

To był taki mały skórny self-hejt. 

dobra zabawa z pinkmelon.pl

Odkryłam, że kiedy mam marny dzień, znakomicie poprawia mi nastrój porównanie cen produktów koreańskich PinkMelon.pl vs Ebay.

Rozumiem konieczność utrzymania się, marże muszą być i tak dalej… Ale na litość boską i ateistyczną, kiedy z przebitką trzeba zapłacić ponad dwukrotnie więcej, to już tylko sturlać się z krzesła na dywanik i płakać ze śmiechu. 

Potraktujcie tę notkę, proszę, jako krótką lekcję pod tytułem: Ebay nie gryzie. Sklepy internetowe polskie są fajne, gdy nie przeginają z narzutem i zapewniają szybką wysyłkę. Warto dać parę złotych więcej za krótki czas oczekiwania, pewność co do oryginalności produktu i bezpieczeństwo paczki. Ale sklep PinkMelon tego nie zapewnia.

Teraz lekcja poglądowa.

Skinfood Gold Kiwi Sun Cream. Zamówicie tutaj czy tutaj?

Jeszcze się turlam.

Zasady funkcjonowania pinkmelon.pl mnie wkurzają. Mają w ofercie pewną ilość kosmetyków, które ciężko jest sprowadzić, i ktoś nieobeznany w sieciowych zakupach jest na nich skazany, co całkowicie wykorzystują. Biznes is biznes, kapitalizm kapitalizmem, ale liczą sobie za pośrednictwo jak za wytworzenie produktu. Trzeba myśleć perspektywicznie, a nie „jakby tu wydoić z klienta jak najwięcej”. Już lepiej zrobić zbiorowe zamówienie na gmarket. Międzynarodowy kosmetyków azjatyckich funkcjonuje coraz lepiej, oferta na Ebay też się poszerza, i prawdopodobnie niedługo konkurencja kopnie ich w tyłek.

Na co mam nadzieję.

A jeśli ktoś dalej myśli o zamówieniu czegoś od Pink Melon, polecam ten wątek na forum wizażu (dzięki Seraphase za przypomnienie).

Zrób Sobie Krem Hałl

Jak już na pewno wspominałam, jestem maniaczką półproduktów kosmetycznych. Pielęgnacyjnych specyfików drogeryjnych raczej unikam, ze względu na całą gamę występujących w nich zapychaczy, substancji podrażniających itede, których moja cera bardzo stanowczo nie kocha.

Kiedyś (po magisterce raczej) się skoncentruję i wysmaruję wpis o moich początkach z naturalną pielęgnacją. Aktualnie czasu niet, i ograniczę się do pomniejszych wzmianek.

Poniższe zamówienie zostało znacząco ograniczone w porównaniu do poprzednich przeze mnie złożonych. Zorientowałam się, że puszczam na półprodukty niesamowitą kasę, a część z nich leży i się kurzy. Bardziej skomplikowane mieszanki tworzę rzadko, ostatnio raczej skupiam się na nawilżających żelach z ekstraktami, olejkach eterycznych i (absolutna podstawa) olejkach myjących i hydrolatach. Luv hydrolaty miłością wielką i nieprzemijającą.

Tak więc, wiedziona głosem rozsądku, który w mojej własnej głowie wyzywał mnie od najgorszych, chwyciłam (wirtualny) ołówek i z koszyka na ZSK wykreśliłam mniej-więcej połowę zawartości. Zostawiłam jedynie to, bez czego nie mogłabym się obejść, + obiekty najgorętszego pożądania. Kwota do zapłacenia w magiczny sposób skurczyła się ponad dwa razy.

Ale żeby nie było tak pięknie, tę nadwyżkę finansową i tak wydałam na inne, całkowicie mi zbędne dobra. Tak, ja i oszczędzanie na kosmetykach. Ale ubaw.

Niestety, ZSK miało przerwę majówkową, więc na paczkę czekałam ponad tydzień zamiast zwyczajowych dwóch dni. A właśnie hydrolaty mi się pokończyły, z olejku myjącego zostało kilka kropli i ogólnie byłam na skraju depresji, myślałam że już będę musiała kupić coś w drogerii.

Żeby było weselej, przy kompletowaniu zamówienia OCZYWIŚCIE zapomniałam o tym cholernym olejku. Gdy sobie przypomniałam, już po opłaceniu, odkryłam, że wcale nie jest dostępny (teraz już tak, wtedy nie). Przeniosłam się na stronę BU, wybrałam parę rzeczy, opłaciłam… I zorientowałam się, że kliknęłam wszystko co chciałam – ale ZNOWU bez olejku. Kurna. Musiałam smarować maila do sklepu, na szczęście miło i szybko zmienili mi zamówienie. 

Paczka z ZSK przybyła dziś, tej z Biochemii spodziewam się jutro.

A teraz przejdźmy do zawartości.

Glinka biała „porcelanowa” – do tej pory stosowałam żółtą, przeznaczoną właśnie do cery mieszanej. Niestety, trochę jednak mnie podrażniała (minęły czasy, gdy mogłam nakładać na twarz solidną warstwę zielonej glinki). Przy jednym z zamówień, miesiąc czy dwa temu otrzymałam próbkę tejże białej glinki. Jest o wiele delikatniejsza, nie wysusza, przy tym nie można pominąć walorów estetycznych – szarobiała twarz straszy chyba trochę mniej od brudno-zielono-żółtej:) Zamówiłam 50 g i będę sobie robiła truskawkowe maseczki, yay.
 
Naturalne olejki: bergamotowy i z drzewa herbacianego. Zużywam średnio fiolkę każdego na miesiąc, są jedną z podstaw mojej pielęgnacji. O antybakteryjnych właściwościach drzewa herbacianego wie chyba każdy, to coś w rodzaju podręcznej rakietnicy na wypryski. Olejek eteryczny z bergamotki też działa antybakteryjnie, a przy tym ma absolutnie zachwycający zapach. Nie mogę się powstrzymać i ciągle dodaję parę kropel do brodzika przed prysznicem, świetnie mnie budzi o co bardziej barbarzyńskich godzinach.
 
Hydrolat z róży stulistnej – jeden z dwóch ukochanych hydrolatów (drugi to oczarowy). Tonizuje, łagodzi podrażnienia, nie wyżera twarzy jak większość drogeryjnych toników. Część zawsze wlewam do butelki z dyfuzorem, odrobina alantoiny, HA i niacynamidu – mam idealną mgiełkę do utrwalania makijażu. Mieszam go z olejkiem myjącym przy demakijażu.
 
Kwas mlekowy – do ustalania pH przy bardziej problematycznych formulacjach
 
TADAM! Oto dwa półprodukty których pożądałam od jakiegoś czasu, i na które w końcu się zdecydowałam. 
 
Hydromanil oraz kolagen z elastyną. HA nawilża mnie całkiem fajnie w odpowiednim stężeniu, ale nie radzi sobie zbytnio z moimi zmarszczkami mimicznymi. Jako że ciągłe włażenie tapety w te zmarszczki jest wkurzające, postanowiłam wypróbować kolagen. Nałożyłam odrobinę na czoło przed kremem pielęgnacyjnym, i po 8 godzinach jest całkiem całkiem. Zobaczymy. A o hydromanilu jeszcze napiszę więcej – gdy go porządnie przetestuję.
 
Bonusowo otrzymałam 5ml sproszkowanego korundu-mikrodermabrazji. Aktualnie używam peelingu ze skały wulkanicznej, ale to cudo też obaczymy:)
 
Edit: własnie zjawił się Pan Kurier z paczką z Biochemii, mrrr. O tym innym razem:)
 
 
 

.Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream

Jak napisałam wcześniej, niesiona falą manii na punkcie wszystkiego, co ślimaczkowe, ściągnęłam sobie z drugiego krańca świata (czyli z Korei) pakiet trzech próbek Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream. Miłość do ślimaków przezwyciężyła nawet niechęć do samej firmy, jako że jeszcze żaden z produktów Misshy nie sprawdził się na mojej kapryśnej skórze. Ale jak wiemy, nadzieja matką głupich, a nuż widelec, co gdyby i tak dalej.

Uwaga,  notka jest MINI-RECENZJĄ. Nie oceniam skutków długofalowych, jako że po tygodniu stosowania produktu z próbek ciężko takowe ocenić. Skupię się na efektach doraźnych. 

Przybliżmy produkt. Jest to przeciwzmarszczkowe cudo, według producenta zapewniające wybielenie, nawilżenie, złagodzenie podrażnień, spłycenie blizn, uszkodzeń i tak dalej i tak dalej. Tańczy, śpiewa, gotuje, naprawi skarpety i przyszyje guziki do koszuli.

Krem ma nadawać się do wszystkich typów cery. Nie zawiera barwników, parabenów i pochodnych ropy naftowej. Dokładnego składu nie byłam w stanie zlokalizować, z tego co wyczytałam zawiera 70% wyciągu ze śluzu ślimaka. Do tego jakiś macierzyste komórki roślinne, ekstrakt z baobabu i koncentrat z wód oceanicznych (?). Prawdziwy morderca/pogromca (pogromca brzmi lepiej?) zmarszczek i rycerz uciśnionej, przesuszonej skóry.

Swoją drogą, podziwiam sposób, w jaki grafikowi przygotowującemu kampanię udało się przedstawić ślimaka w sposób odświeżający, absolutnie higieniczny i wręcz połyskujący nieskazitelnością. 

Do wykorzystania miałam 3 saszetki z kremem. Jedna starczyła na dwa użycia, bez szczególnego oszczędzania. Zatem romansowałam z niniejszym mazidłem tylko trzy dni, na noc i na dzień, przy ograniczeniu innych nawilżaczy. Dlaczego ograniczeniu, a nie odstawieniu? Ha.

Pierwsze wrażenie było pozytywne. Nazwanie tego kremem było działaniem nieco na wyrost, produkt ma leciuchną, żelową konsystencję. Zapach jest przyjemny, świeży. Przy nakładaniu  pojawia się miłe uczucie chłodu, na lato i upały jak znalazł. Wchłonięcie następuje błyskawicznie, substancja wręcz znikała z palców od razu po przyłożeniu ich do twarzy. Skóra lekko się napięła, moje mimiczne zmarszczki na czole odrobinę się wygładziły. Tylko odrobinkę.

Krótkie info: mam cerę mieszaną, wrażliwą, ze skłonnością do wszelkich niedoskonałości. Miejscowo przesuszoną, ale i przetłuszczającą się. Full service. 

No właśnie. Tyćkę. Tyciunię. To przyjemne napięcie zniknęło może po 30 minutach, zastąpione paskudnym uczuciem suchości i sztywności skóry. Nałożyłam kolejną warstwę i poszłam spać. Rano obudziłam się z totalnie przesuszoną, szorstką cerą, ze zmarchami i zagnieceniami od poduszki na środku facjaty. Jak zobaczyłam te bruzdy to sprawdziłam sobie metrykę, czy oby na pewno mam 23 lata a nie 33. Krem zwyczajnie nie wyrobił. Moja twarz zawsze entuzjastycznie spijała wszelkie nawilżacze, ale z reguły jakiś efekt się utrzymywał chociaż na czas snu – regeneracji. A tu?  Wooody! Wooooody! Umieeeraam!

Nic to, użyjemy na dzień, pod makijaż. Znowu to samo, nawilżenie nawet godziny nie trwało. Krem BB wlazł mi we wszelkie możliwe pory i skórki, a zaznaczę, że z reguły tak nie cuduje. Następnego dnia nauczona doświadczeniem wprowadziłam serum nawilżające „pod”, i wtedy efekty były już akceptowalne. Wyprasowało mnie na trochę dłużej, ale znowu niewystarczająco.

Znaczy jak, moje serum na bazie HA+aloes+D-panthenol lepiej nawilża od cudownego wyciągu ze śluzu ślimaka? Doraźnie tak. Na dłuższą metę? Nie wiem, i się nie przekonam, bo krem nie spełnia moich podstawowych wymagań dotyczących nawilżenia. Szkoda kasy na pełne opakowanie, jeśli i tak musiałabym się wspomagać czymś solidniejszym. Jesli kogoś stać, może zaopatrzyć się we wszystkie produkty z tej serii, w teorii powinny się uzupełniać, ale dla mnie to zbyt droga impreza.

Podsumowując:

  • Lekki, przyjemna konsystencja, błyskawicznie się wchłania. Dla cer bardzo tłustych – jak znalazł. Dla cer z oznakami przesuszenia może być niewystarczający. Jednakże nie zapchał, krzywdy nie zrobił, wysypu nie zaobserwowałam.
  • Napina skórę, wygładza zmarszczki, ale tylko troszeczkę i krótkodystansowo. Nie wiem jak działa na dłuższą metę, po powiedzmy paru miesiącach stosowania – może i czyni cuda. Ale nie przekonam się, mam inny typ.
  • Nawilżenie na poziomie miernym, zupełnie nie tego się spodziewałam po ślimaku. Bez wspomagania nie ma co liczyć na utrzymanie tapety w stanie względnie nienaruszonym.

Jestem o wiele bardziej zadowolona ze ślimaczka od TonyMoly:) Ten nawilżył jak trzeba, czekam na kolejne próbki od Madzialeny, potestuję dłużej, opiszę i może, może skuszę się na pełnowymiarową wersję.

HOWGH.