Tag Archives: pielęgnacja naturalna

Jasna cholera, szatany, otchłanie i mór.

Jak to jest, że następnego dnia po otrzymaniu zamówienia z ZSK (dość sporego, nawiasem mówiąc), w ofercie sklepu pojawia się coś takiego:
KLIK!

No mór zaraza i szatany. Nie można było parę dni wcześniej?

A tak oficjalnie to żyję, ale pracuję na cały etat, stukam pracę magisterską i borykam się z masą mniejszych i większych problemów w real life – nie wiem, kiedy coś napiszę, nie obiecuję. Online jestem raz-dwa dziennie na moment ino.

Ale żyję, i kiedyś wrócę. Howgh.

Savon Noir Neroli od l’Orient

Bez zbędnych kurtuazji, wybaczyć raczcie beznadziejną częstotliwość pojawiania się wpisów. Dopadł mnie paskudny stwór zwany sesją – jak zapewne niejedną z Was. A mazideł do opisania nazbierało się od groma i ciut ciut.

W szybkiej przerwie w nauce wrzucam parę zdań o jednym z moich bardziej udanych nabytków. Ta-DAM, panie i (mniej liczni) panowie, oto Savon Noir Neroli ze stajni, wróc, od firmy l’Orient. Podczas wizyty w rodzinnym mieście (będzie już z miesiąc) namierzyłam małą mydlarnię z całkiem sympatyczną ofertą. Wcześniej wspominała o niej moja ciotka, u której też przyuważyłam owe czarne mydełko. Zrobiłam research na necie i postanowiłam strzelić sobie własne opakowanie. Nie ukrywam, że byłam dość mocno nakręcona. I jak wrażenia? Well…

Oddajmy głos producentowi. Oto obietnice ze strony, cytuję fragmenty:

Savon Noir Néroli to marokańskie czarne mydło wytwarzane od stuleci niezmiennymi tradycyjnymi metodami z miażdżonych oliwek i wody z kwiatów gorzkiej pomarańczy (Neroli). Bogactwo witaminy E zawartej w podstawowym składniku, jakim jest oliwa z oliwek i dodatkowo woda z kwiatów pomarańczy decydują o niepowtarzalnych właściwościach pielęgnacyjnych tego naturalnego kosmetyku.

Savon Noir Néroli nałożony na twarz po demakijażu wnika w głąb skóry i usuwa wszystkie zanieczyszczenia i toksyny doskonale oczyszczając i dotleniając ją. Cera po takim zabiegu jest wyjątkowo nawilżona i promienna. Kosmetyk dedykowany jest szczególnie cerze mieszanej, naczyniowej i jednocześnie bardzo delikatnej.

Zaskakującymi efektami stosowania Savon Noir Néroli jest obkurczenie i uszczelnienie naczyń krwionośnych, regulacja wydzielania sebum oraz widoczna poprawa elastyczności skóry. Wrażliwa cera z problemem pękających naczynek, bardzo wymagająca pod kątem oczyszczania i pielęgnacji, w tym produkcie odnajduje wiernego, niezastąpionego kompana. Sojusznika w dążeniu do pełnej blasku, bez widocznych „pajączków”, jedwabiście gładkiej buzi.

Cuda, ludzie, cuda.

Kocham te sformułowania, niepowtarzalne właściwości pielęgnacyjne, bogactwo, wnikanie, usuwanie zanieczyszczeń poprzez oczyszczanie i dotlenianie (zaraz, a to nie jedno i to samo? Nieee, no skąd.)

Pierwsze wrażenie jest w porządku. Zgrabne pudełeczko z zakrętką, dość standardowe, ale wygodne. Etykieta w ciepłej kolorystyce, lekko orientalna w klimacie. Dużo francuskiego. Druga naklejka, po polsku, już nie jest tak efektowna. Czerń-biel. Przynajmniej czytelnie. Są wszystkie konieczne informacje + kolejna dawka obietnic.

INCI: Potassium olivate, Aqua Neroli, Geraniol, Limonene, Linalol, Benzylique Alcool

Po odkręceniu słoiczka w nozdrza uderza przyjemny, ciepły zapach, lekko „wiercący”. Neroli z odrobiną smaru samochodowego? Nie każdemu może przypaść do gustu, ale mnie kupił (cóż, jest się tą maniaczką dziwnych pachnideł). Konsystencja produktu jest bardzo ciekawa, niespotykana wręcz. Przypomina właśnie… smar. Zmieszany z toffi. Maź jest żółtawo-brązowa, półprzezroczysta. Przy nakładaniu ciągnie się jak jasna cholera, nie jest to wygodne. Zwłaszcza, że trzeba uważać, by do opakowania nie dostała się przypadkiem woda.

Zostawienie otwartego słoiczka na umywalce na czas spłukiwania to stanowczo bad idea. Uprzedzam, bo kiedyś zrobiłam to z moją żółtą glinką, praise me. Mydło takiego potraktowania mogłoby nie przetrwać w nienaruszonym stanie. 

Metoda stosowania? Producent zaleca nałożenie na oczyszczoną już z makijażu skórę na pięć minut, potem masaż wilgotnymi opuszkami palców i spłukujemy. Do zmydlenia wystarczy niewielka ilość, kosmetyk jest całkiem wydajny.

Ale nie sądzę by starczył na pół roku, jak wyczytałam na necie u niektórych użytkowniczek. Chyba, że nakładany raz w tygodniu. Ale co ja się odzywam, większość mazideł kończę w tempie błyskawicznym. U mnie po 3 tygodniach  została 1/3 opakowania. 

Zdjęcia sprzed prawie dwóch tygodni, aktualnie wygląda to już trochę inaczej.

A tutaj zbliżenie. widać takie fajne ciemne drobinki:)

Nałożyłam, potrzymałam, wymasowałam, zmyłam. Ładnie pachniało, w połączeniu z wodą konsystencja staje się milutka. Efekt?

Zmysłowa rozkosz i tak dalej. Używa się bardzo przyjemnie:)

Draństwo oczyszcza. Naprawdę. Skóra aż skrzypi.

Lekko wyrównany koloryt, rozjaśnienie. Zwężone pory. Do tego bonusowo uczucie ściągnięcia, nie przerażające,  ale hardkorowi wrażliwcy lepiej niech się zastanowią. W końcu, było nie było, to mydło. Jakich magicznych rytuałów by nie odprawiało, zawsze będzie bardziej inwazyjne od olejków do oczyszczania (nie mówię o OCM).

Po trzech tygodniach stosowania nie widzę efektów o jakich trąbiło się w sieci.

Zaskórniki mam jak miałam, kratery na swoim miejscu (lekko zwężone są tylko do paru godzin po zabiegu). Ale to nie byłby pierwszy kosmetyk, który innym robi na twarzy rewolucję, tylko u mnie to smutno wygląda.

Podsumujmy:

  1. Nie ma co spodziewać się cudów. Trądziku nie zlikwiduje, zaskórników nie wypędzi na amen, jak z naczynkami nie wiem, nie jestem naczynkowcem, ale nie liczyłabym.
  2. Jako preparat do oczyszczania + okazyjna maseczka oczyszczająca jest jak najbardziej git. Sprawdził się u mnie na pewno lepiej od słynnego mydła Alep. Żele drogeryjne oczywiście się nawet nie umywają.
  3. Nawilżacze i oleje nałożone „po” wchłaniają się momentalnie. Savon Noir stanowi świetny wstęp pod jakieś bardziej treściwe maski.
  4. Stosunek cena/jakość/wydajność dobry. W sklepach internetowych 100g chodzi po 28 złotych. ja kupiłam stacjonarnie, dokładnej ceny nie pamiętam, ale wypadała gdzieś koło tego. Przy oszczędnym stosowaniu mydło może wystarczyć na dwa miesiące.

Produkt bardzo dobry (przy zachowaniu racjonalnego podejścia).

Polecam!

I wracam do nauki. Bu.

Skwaszona.

Nie wiem co mnie podkusiło, ostatnio doprowadziłam skórę do stanu akceptowalnego (jak na mnie), tzn bez wyraźnych wulkanów. Nawet po przebudzeniu wyglądałam niezbyt tragicznie, yay! Ale szlag mnie trafiał gdy patrzyłam na te przeklęte zaskórniki panoszące się na moim szlachetnym obliczu. Otwarte, zamknięte, nie do zamaskowania tapetą, full service. Do tego kolekcja blizn i przebarwień, nieodłącznych towarzyszy trądziku.

W lodówce stoi krem azelo/bha z BU, został jeszcze miesiąc do daty ważności. W szafce pół butelki toniku aha/bha 10%. Krótka piłka, właściwie bez głębszego zastanowienia postanowiłam pozłuszczać się w te ostatnie (prawdopodobnie) dni stonowanej pogody.

Wysyp zaliczyłam cudowny, jak zawsze po kwasach. Łuszczenie się zaczęło, ale na razie bez bajerów. Najgorsze są te wulkany. Wiem, oczyszczanie bla bla bla, wiem, zawsze tak było, ale w moim życiu tylko raz udało mi się dotrzeć do tego etapu „po” wysypie, gdy cera stała się wyrównana i gładka. Po ostrych mazidłach od dermatologa, już nawet nie pamiętam jakich. Tyle ich było.

Wtedy trwało to długo, teraz przypalę się solidnie, bo mam najwyżej miesiąc – przed upałami. Tylko proszę, niech mnie ktoś pocieszy, że jest sens męczyć się  z tym wysypem, że coś z tego będzie, że chociaż część tych przeklętych zaskórników zejdzie, bo odkąd odstawiłam hormony sytuacja jest kiepska. A nie mogę do nich wrócić jeszcze przez pewien czas.

Ciężko mi momentami wierzyć w te historie o „oczyszczaniu się” cery. Moje doświadczenia są niezbyt pocieszające. Potwierdzi ktoś skuteczność? Tym bardziej, że po wysypie zawsze zostają mi kolejne blizny, czy kwas sobie poradzi i z nimi?

Niby już mam za sobą kuracje kwasami, które trwały długo, ale efektów nie było. No nic, ostatnia próba.

To był taki mały skórny self-hejt. 

Zrób Sobie Krem Hałl

Jak już na pewno wspominałam, jestem maniaczką półproduktów kosmetycznych. Pielęgnacyjnych specyfików drogeryjnych raczej unikam, ze względu na całą gamę występujących w nich zapychaczy, substancji podrażniających itede, których moja cera bardzo stanowczo nie kocha.

Kiedyś (po magisterce raczej) się skoncentruję i wysmaruję wpis o moich początkach z naturalną pielęgnacją. Aktualnie czasu niet, i ograniczę się do pomniejszych wzmianek.

Poniższe zamówienie zostało znacząco ograniczone w porównaniu do poprzednich przeze mnie złożonych. Zorientowałam się, że puszczam na półprodukty niesamowitą kasę, a część z nich leży i się kurzy. Bardziej skomplikowane mieszanki tworzę rzadko, ostatnio raczej skupiam się na nawilżających żelach z ekstraktami, olejkach eterycznych i (absolutna podstawa) olejkach myjących i hydrolatach. Luv hydrolaty miłością wielką i nieprzemijającą.

Tak więc, wiedziona głosem rozsądku, który w mojej własnej głowie wyzywał mnie od najgorszych, chwyciłam (wirtualny) ołówek i z koszyka na ZSK wykreśliłam mniej-więcej połowę zawartości. Zostawiłam jedynie to, bez czego nie mogłabym się obejść, + obiekty najgorętszego pożądania. Kwota do zapłacenia w magiczny sposób skurczyła się ponad dwa razy.

Ale żeby nie było tak pięknie, tę nadwyżkę finansową i tak wydałam na inne, całkowicie mi zbędne dobra. Tak, ja i oszczędzanie na kosmetykach. Ale ubaw.

Niestety, ZSK miało przerwę majówkową, więc na paczkę czekałam ponad tydzień zamiast zwyczajowych dwóch dni. A właśnie hydrolaty mi się pokończyły, z olejku myjącego zostało kilka kropli i ogólnie byłam na skraju depresji, myślałam że już będę musiała kupić coś w drogerii.

Żeby było weselej, przy kompletowaniu zamówienia OCZYWIŚCIE zapomniałam o tym cholernym olejku. Gdy sobie przypomniałam, już po opłaceniu, odkryłam, że wcale nie jest dostępny (teraz już tak, wtedy nie). Przeniosłam się na stronę BU, wybrałam parę rzeczy, opłaciłam… I zorientowałam się, że kliknęłam wszystko co chciałam – ale ZNOWU bez olejku. Kurna. Musiałam smarować maila do sklepu, na szczęście miło i szybko zmienili mi zamówienie. 

Paczka z ZSK przybyła dziś, tej z Biochemii spodziewam się jutro.

A teraz przejdźmy do zawartości.

Glinka biała „porcelanowa” – do tej pory stosowałam żółtą, przeznaczoną właśnie do cery mieszanej. Niestety, trochę jednak mnie podrażniała (minęły czasy, gdy mogłam nakładać na twarz solidną warstwę zielonej glinki). Przy jednym z zamówień, miesiąc czy dwa temu otrzymałam próbkę tejże białej glinki. Jest o wiele delikatniejsza, nie wysusza, przy tym nie można pominąć walorów estetycznych – szarobiała twarz straszy chyba trochę mniej od brudno-zielono-żółtej:) Zamówiłam 50 g i będę sobie robiła truskawkowe maseczki, yay.
 
Naturalne olejki: bergamotowy i z drzewa herbacianego. Zużywam średnio fiolkę każdego na miesiąc, są jedną z podstaw mojej pielęgnacji. O antybakteryjnych właściwościach drzewa herbacianego wie chyba każdy, to coś w rodzaju podręcznej rakietnicy na wypryski. Olejek eteryczny z bergamotki też działa antybakteryjnie, a przy tym ma absolutnie zachwycający zapach. Nie mogę się powstrzymać i ciągle dodaję parę kropel do brodzika przed prysznicem, świetnie mnie budzi o co bardziej barbarzyńskich godzinach.
 
Hydrolat z róży stulistnej – jeden z dwóch ukochanych hydrolatów (drugi to oczarowy). Tonizuje, łagodzi podrażnienia, nie wyżera twarzy jak większość drogeryjnych toników. Część zawsze wlewam do butelki z dyfuzorem, odrobina alantoiny, HA i niacynamidu – mam idealną mgiełkę do utrwalania makijażu. Mieszam go z olejkiem myjącym przy demakijażu.
 
Kwas mlekowy – do ustalania pH przy bardziej problematycznych formulacjach
 
TADAM! Oto dwa półprodukty których pożądałam od jakiegoś czasu, i na które w końcu się zdecydowałam. 
 
Hydromanil oraz kolagen z elastyną. HA nawilża mnie całkiem fajnie w odpowiednim stężeniu, ale nie radzi sobie zbytnio z moimi zmarszczkami mimicznymi. Jako że ciągłe włażenie tapety w te zmarszczki jest wkurzające, postanowiłam wypróbować kolagen. Nałożyłam odrobinę na czoło przed kremem pielęgnacyjnym, i po 8 godzinach jest całkiem całkiem. Zobaczymy. A o hydromanilu jeszcze napiszę więcej – gdy go porządnie przetestuję.
 
Bonusowo otrzymałam 5ml sproszkowanego korundu-mikrodermabrazji. Aktualnie używam peelingu ze skały wulkanicznej, ale to cudo też obaczymy:)
 
Edit: własnie zjawił się Pan Kurier z paczką z Biochemii, mrrr. O tym innym razem:)