Tag Archives: recenzje

Savon Noir Neroli od l’Orient

Bez zbędnych kurtuazji, wybaczyć raczcie beznadziejną częstotliwość pojawiania się wpisów. Dopadł mnie paskudny stwór zwany sesją – jak zapewne niejedną z Was. A mazideł do opisania nazbierało się od groma i ciut ciut.

W szybkiej przerwie w nauce wrzucam parę zdań o jednym z moich bardziej udanych nabytków. Ta-DAM, panie i (mniej liczni) panowie, oto Savon Noir Neroli ze stajni, wróc, od firmy l’Orient. Podczas wizyty w rodzinnym mieście (będzie już z miesiąc) namierzyłam małą mydlarnię z całkiem sympatyczną ofertą. Wcześniej wspominała o niej moja ciotka, u której też przyuważyłam owe czarne mydełko. Zrobiłam research na necie i postanowiłam strzelić sobie własne opakowanie. Nie ukrywam, że byłam dość mocno nakręcona. I jak wrażenia? Well…

Oddajmy głos producentowi. Oto obietnice ze strony, cytuję fragmenty:

Savon Noir Néroli to marokańskie czarne mydło wytwarzane od stuleci niezmiennymi tradycyjnymi metodami z miażdżonych oliwek i wody z kwiatów gorzkiej pomarańczy (Neroli). Bogactwo witaminy E zawartej w podstawowym składniku, jakim jest oliwa z oliwek i dodatkowo woda z kwiatów pomarańczy decydują o niepowtarzalnych właściwościach pielęgnacyjnych tego naturalnego kosmetyku.

Savon Noir Néroli nałożony na twarz po demakijażu wnika w głąb skóry i usuwa wszystkie zanieczyszczenia i toksyny doskonale oczyszczając i dotleniając ją. Cera po takim zabiegu jest wyjątkowo nawilżona i promienna. Kosmetyk dedykowany jest szczególnie cerze mieszanej, naczyniowej i jednocześnie bardzo delikatnej.

Zaskakującymi efektami stosowania Savon Noir Néroli jest obkurczenie i uszczelnienie naczyń krwionośnych, regulacja wydzielania sebum oraz widoczna poprawa elastyczności skóry. Wrażliwa cera z problemem pękających naczynek, bardzo wymagająca pod kątem oczyszczania i pielęgnacji, w tym produkcie odnajduje wiernego, niezastąpionego kompana. Sojusznika w dążeniu do pełnej blasku, bez widocznych „pajączków”, jedwabiście gładkiej buzi.

Cuda, ludzie, cuda.

Kocham te sformułowania, niepowtarzalne właściwości pielęgnacyjne, bogactwo, wnikanie, usuwanie zanieczyszczeń poprzez oczyszczanie i dotlenianie (zaraz, a to nie jedno i to samo? Nieee, no skąd.)

Pierwsze wrażenie jest w porządku. Zgrabne pudełeczko z zakrętką, dość standardowe, ale wygodne. Etykieta w ciepłej kolorystyce, lekko orientalna w klimacie. Dużo francuskiego. Druga naklejka, po polsku, już nie jest tak efektowna. Czerń-biel. Przynajmniej czytelnie. Są wszystkie konieczne informacje + kolejna dawka obietnic.

INCI: Potassium olivate, Aqua Neroli, Geraniol, Limonene, Linalol, Benzylique Alcool

Po odkręceniu słoiczka w nozdrza uderza przyjemny, ciepły zapach, lekko „wiercący”. Neroli z odrobiną smaru samochodowego? Nie każdemu może przypaść do gustu, ale mnie kupił (cóż, jest się tą maniaczką dziwnych pachnideł). Konsystencja produktu jest bardzo ciekawa, niespotykana wręcz. Przypomina właśnie… smar. Zmieszany z toffi. Maź jest żółtawo-brązowa, półprzezroczysta. Przy nakładaniu ciągnie się jak jasna cholera, nie jest to wygodne. Zwłaszcza, że trzeba uważać, by do opakowania nie dostała się przypadkiem woda.

Zostawienie otwartego słoiczka na umywalce na czas spłukiwania to stanowczo bad idea. Uprzedzam, bo kiedyś zrobiłam to z moją żółtą glinką, praise me. Mydło takiego potraktowania mogłoby nie przetrwać w nienaruszonym stanie. 

Metoda stosowania? Producent zaleca nałożenie na oczyszczoną już z makijażu skórę na pięć minut, potem masaż wilgotnymi opuszkami palców i spłukujemy. Do zmydlenia wystarczy niewielka ilość, kosmetyk jest całkiem wydajny.

Ale nie sądzę by starczył na pół roku, jak wyczytałam na necie u niektórych użytkowniczek. Chyba, że nakładany raz w tygodniu. Ale co ja się odzywam, większość mazideł kończę w tempie błyskawicznym. U mnie po 3 tygodniach  została 1/3 opakowania. 

Zdjęcia sprzed prawie dwóch tygodni, aktualnie wygląda to już trochę inaczej.

A tutaj zbliżenie. widać takie fajne ciemne drobinki:)

Nałożyłam, potrzymałam, wymasowałam, zmyłam. Ładnie pachniało, w połączeniu z wodą konsystencja staje się milutka. Efekt?

Zmysłowa rozkosz i tak dalej. Używa się bardzo przyjemnie:)

Draństwo oczyszcza. Naprawdę. Skóra aż skrzypi.

Lekko wyrównany koloryt, rozjaśnienie. Zwężone pory. Do tego bonusowo uczucie ściągnięcia, nie przerażające,  ale hardkorowi wrażliwcy lepiej niech się zastanowią. W końcu, było nie było, to mydło. Jakich magicznych rytuałów by nie odprawiało, zawsze będzie bardziej inwazyjne od olejków do oczyszczania (nie mówię o OCM).

Po trzech tygodniach stosowania nie widzę efektów o jakich trąbiło się w sieci.

Zaskórniki mam jak miałam, kratery na swoim miejscu (lekko zwężone są tylko do paru godzin po zabiegu). Ale to nie byłby pierwszy kosmetyk, który innym robi na twarzy rewolucję, tylko u mnie to smutno wygląda.

Podsumujmy:

  1. Nie ma co spodziewać się cudów. Trądziku nie zlikwiduje, zaskórników nie wypędzi na amen, jak z naczynkami nie wiem, nie jestem naczynkowcem, ale nie liczyłabym.
  2. Jako preparat do oczyszczania + okazyjna maseczka oczyszczająca jest jak najbardziej git. Sprawdził się u mnie na pewno lepiej od słynnego mydła Alep. Żele drogeryjne oczywiście się nawet nie umywają.
  3. Nawilżacze i oleje nałożone „po” wchłaniają się momentalnie. Savon Noir stanowi świetny wstęp pod jakieś bardziej treściwe maski.
  4. Stosunek cena/jakość/wydajność dobry. W sklepach internetowych 100g chodzi po 28 złotych. ja kupiłam stacjonarnie, dokładnej ceny nie pamiętam, ale wypadała gdzieś koło tego. Przy oszczędnym stosowaniu mydło może wystarczyć na dwa miesiące.

Produkt bardzo dobry (przy zachowaniu racjonalnego podejścia).

Polecam!

I wracam do nauki. Bu.

Reklamy

Hebe cośtam, Biosilk, Kallos i Korres.

Planowałam, że dziś po zajęciach zajrzę do drogerii Hebe na Jerozolimskich. Po drodze mam z uczelni, a byłam ciekawa ich aktualnej oferty. Ćwiczenia mi się urwały z tytułu godzin dziekańskich, więc podreptałam sobie na spokojnie, zalewając się potem w ten upalny majowy dzień.

Dreptu dreptu, zbliżam się  i zbliżam, i narasta we mnie złe przeczucie. Wycinanki, baloniki, kwiatki, jacyś kolesie z kamerami, paru przystojniaków w fartuszkach i laska w zabawnym kostiumie. Rzut okiem wystarczył bym mogła stwierdzić – psiamać, na jakąś okazję trafiłam. Urodziny. Dżampreza, muzyka, konsultacje i inne takie rozpraszacze. To był ten moment (od 2 tygodni nie odwiedzałam drogerii – niesamowite, wiem), gdy naprawdę przycisnęła mnie już konieczność zakupienia paru drobiazgów, więc NIE obróciłam się na pięcie i NIE zwiałam.

Nie zrozumcie mnie źle, marudzi tylko moja aspołeczna część, która przez to całe zamieszanie nie była w stanie należycie się skoncentrować na kosmetykach. Ogólnie rozumiem takie działania, i pochwalam, bo to w sumie fajna akcja. Ze zniżek skorzystałam, parę bonusów dostałam… Ale oczywiście zestresowana zapomniałam o kilku mazidłach, które KONIECZNIE muszę mieć. Phaw. 

Nie przejrzałam przedniej części sklepu, bo tam stał jeden typ z kamerą. Kątem oka uchwyciłam jakieś kolorowe słoiczki, zapoznam się z nimi bliżej następnym razem, gdy będzie już spokojniej.

W łapki mi wpadło parę artykułów pierwszej potrzeby + bajery. Podstawowym bajerem i obiektem mego pragnienia miał być pędzel do pudru EcoTools, ale ups, nie ostał się. Chociaż jak spojrzałam na ceny tych, które wisiały na ściance, to mi się nieco goręcej zrobiło. Chyba po prostu zamówię komplet z iHerb, prawie dwukrotna przebitka nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.

Bajerem pierwszym wybranym została maska Crema Al Latte od KALLOSa. Recenzje na wizażu ma, że proszę siadać, tania jak barszcz – wypróbujemy. Jeden haczyk – pachnie tak słodko, że przed zastosowaniem będę chyba musiała łyknąć jakieś prochy przeciw mdłościom.


Bajer drugi został mi zaproponowany przez dziewczynę z obsługi. Zaczepiona standardowym „czy mogę pomóc”, wypaliłam, że szukam odżywki do włosów bez spłukiwania, czegoś, co by wygładziło moje smętne, postrzępione piórka. Zaproponowała mi Biosilk Treat – Silk Filler. Droższy był od używanym przeze mnie standardowo specyfików, ale nie nokautował. Butelka spora (350ml), dozownik wygodny. Raz kozie śmierć, wzięłam, przetestowałam w domu od razu po powrocie i powiem, że zapowiada się nieźle.

Z reguły nie radzę się ekspedientek w drogeriach, kosmetyki są delikatnym tematem.

Przemiła kasjerka namówiła mnie na kartę stałego klienta (ujęła mnie obietnicą 10 zeta zniżki, brakiem spamu i niespodziankami z tytułu urodzin – moje w sumie niedługo, więc niech się postarają). Dorzuciła masę duperelek typu podgrzewacze o zapachu bursztynu (ke? zapach bursztynu?), świeczka firmowa Hebe (duża, pomarańczowa, zostanie po niej wyczepisty świecznik), saszetkę do torebki od Pachnącej Szafy – Kwiat Pomarańczy, oraz próbka karczochowego (!) szamponu eko do włosów tłustych od Monotheme.

Powiem, że przeraża mnie trochę, gdy kasjerki idealnie trafiają z typem mojej skóry/włosów w momencie dorzucania próbek. Niby dobrze, ale sprawia to, że myślę – santa maria madonna, AŻ TAK WIDAĆ? Wczoraj zabiła mnie babka w Douglasie, dodając mi do zakupów 3-step dla cery mieszanej od Clinique. A miałam (i mam, dzięki ukochanym kwasom, bardzo BAD FACE DAY. Wróć, week. Month, mać.) Po czymś takim pozostaje tylko iść i popłakać w kącie – albo się urżnąć w trupa. 

Wczoraj natomiast zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie mojego

Balsamu Wszech Czasów.

Nie ze względu na skład, bo niby eko, ale powalająco powalający nie jest. Nie ze względu na właściwości nawilżające – jest dobrze, ale bez opadu szczęki. Ale TEN ZAPACH.

Moje absolutne LUV, proszę państwa, Korres, Kings&Queens, Caspar Myrrh Body Milk.

Pachnie obłędnie, zima czy lato, wiosna czy jesień, pasuje i układa się na skórze idealnie. Co prawda takie wyraziste aromaty trzeba lubić (wieerrrci w nosie, że hej), ale w moje gusta trafia bez pudła. Wygładza, i w dotyku i wizualnie – ale bez chamskiego, tłustego połysku. Nakręcam się na mleczko nadające blask (z drobinkami), i na żel pod prysznic – chociaż tego drugiego stacjonarnie jeszcze nie widziałam. Z innych wersji korci mnie chyba tylko Tytoń. Mirra jest doskonała.

Do kompletu muszę strzelić sobie perfumy, w miejsce nieodżałowanej Habanity od Molinarda. Wiedźmę na pewno jeszcze raz kupię, ale raczej na sezon jesienno-zimowy. W upały robi się na mojej skórze trochę zbyt trupia. Teraz szukam czegoś słodko-gorzko-miękkiego. Ciężko trafić na korzenne, ciepłe perfumy nie dosłodzone ładunkiem cukru z trzech ciężarówek.

Skończyły mi się filtry, w tym miniaturka dr.Jart, o której na dniach napiszę. Jestem na kwasach, a filtry w bb kremach mogą nie być wystarczające. Waham się pomiędzy zamówieniem TheFaceShop Natural Sun SPF 45 PA+++Innisfree Eco Safety No Sebum Sunblock SPF 35 PA+++. Zależy mi, aby filtr nadawał się pod makijaż, dobrze trzymał mat i nie bielił za bardzo facjaty. I żeby chronił przed słońcem, ale to oczywista oczywistość (i obietnica najtrudniejsza do dotrzymania). Nie znam się zbytnio na filtrach, ale Innisfree zawiera chyba tylko fizyczne? Czy to wystarczy?

I na koniec gorzka uwaga – minęły ponad dwa tygodnie kwasów, na obliczu dalej mam masakrę na masakrze na Guernice. Jeszcze dwa poczekam na JAKIEŚ efekty, chociaż powoli wymiękam. Na razie mam wrażenie, że dorobiłam się tylko kolejnych blizn, których będę musiała się w bólach dłuuugo pozbywać. Jeśli nic z tego nie będzie po miesiącu, proszę, gdy następny raz coś wspomnę o kwasach – niech KTOŚ mnie kopnie w odwłok. 

Dziękuję. 

.Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream

Jak napisałam wcześniej, niesiona falą manii na punkcie wszystkiego, co ślimaczkowe, ściągnęłam sobie z drugiego krańca świata (czyli z Korei) pakiet trzech próbek Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream. Miłość do ślimaków przezwyciężyła nawet niechęć do samej firmy, jako że jeszcze żaden z produktów Misshy nie sprawdził się na mojej kapryśnej skórze. Ale jak wiemy, nadzieja matką głupich, a nuż widelec, co gdyby i tak dalej.

Uwaga,  notka jest MINI-RECENZJĄ. Nie oceniam skutków długofalowych, jako że po tygodniu stosowania produktu z próbek ciężko takowe ocenić. Skupię się na efektach doraźnych. 

Przybliżmy produkt. Jest to przeciwzmarszczkowe cudo, według producenta zapewniające wybielenie, nawilżenie, złagodzenie podrażnień, spłycenie blizn, uszkodzeń i tak dalej i tak dalej. Tańczy, śpiewa, gotuje, naprawi skarpety i przyszyje guziki do koszuli.

Krem ma nadawać się do wszystkich typów cery. Nie zawiera barwników, parabenów i pochodnych ropy naftowej. Dokładnego składu nie byłam w stanie zlokalizować, z tego co wyczytałam zawiera 70% wyciągu ze śluzu ślimaka. Do tego jakiś macierzyste komórki roślinne, ekstrakt z baobabu i koncentrat z wód oceanicznych (?). Prawdziwy morderca/pogromca (pogromca brzmi lepiej?) zmarszczek i rycerz uciśnionej, przesuszonej skóry.

Swoją drogą, podziwiam sposób, w jaki grafikowi przygotowującemu kampanię udało się przedstawić ślimaka w sposób odświeżający, absolutnie higieniczny i wręcz połyskujący nieskazitelnością. 

Do wykorzystania miałam 3 saszetki z kremem. Jedna starczyła na dwa użycia, bez szczególnego oszczędzania. Zatem romansowałam z niniejszym mazidłem tylko trzy dni, na noc i na dzień, przy ograniczeniu innych nawilżaczy. Dlaczego ograniczeniu, a nie odstawieniu? Ha.

Pierwsze wrażenie było pozytywne. Nazwanie tego kremem było działaniem nieco na wyrost, produkt ma leciuchną, żelową konsystencję. Zapach jest przyjemny, świeży. Przy nakładaniu  pojawia się miłe uczucie chłodu, na lato i upały jak znalazł. Wchłonięcie następuje błyskawicznie, substancja wręcz znikała z palców od razu po przyłożeniu ich do twarzy. Skóra lekko się napięła, moje mimiczne zmarszczki na czole odrobinę się wygładziły. Tylko odrobinkę.

Krótkie info: mam cerę mieszaną, wrażliwą, ze skłonnością do wszelkich niedoskonałości. Miejscowo przesuszoną, ale i przetłuszczającą się. Full service. 

No właśnie. Tyćkę. Tyciunię. To przyjemne napięcie zniknęło może po 30 minutach, zastąpione paskudnym uczuciem suchości i sztywności skóry. Nałożyłam kolejną warstwę i poszłam spać. Rano obudziłam się z totalnie przesuszoną, szorstką cerą, ze zmarchami i zagnieceniami od poduszki na środku facjaty. Jak zobaczyłam te bruzdy to sprawdziłam sobie metrykę, czy oby na pewno mam 23 lata a nie 33. Krem zwyczajnie nie wyrobił. Moja twarz zawsze entuzjastycznie spijała wszelkie nawilżacze, ale z reguły jakiś efekt się utrzymywał chociaż na czas snu – regeneracji. A tu?  Wooody! Wooooody! Umieeeraam!

Nic to, użyjemy na dzień, pod makijaż. Znowu to samo, nawilżenie nawet godziny nie trwało. Krem BB wlazł mi we wszelkie możliwe pory i skórki, a zaznaczę, że z reguły tak nie cuduje. Następnego dnia nauczona doświadczeniem wprowadziłam serum nawilżające „pod”, i wtedy efekty były już akceptowalne. Wyprasowało mnie na trochę dłużej, ale znowu niewystarczająco.

Znaczy jak, moje serum na bazie HA+aloes+D-panthenol lepiej nawilża od cudownego wyciągu ze śluzu ślimaka? Doraźnie tak. Na dłuższą metę? Nie wiem, i się nie przekonam, bo krem nie spełnia moich podstawowych wymagań dotyczących nawilżenia. Szkoda kasy na pełne opakowanie, jeśli i tak musiałabym się wspomagać czymś solidniejszym. Jesli kogoś stać, może zaopatrzyć się we wszystkie produkty z tej serii, w teorii powinny się uzupełniać, ale dla mnie to zbyt droga impreza.

Podsumowując:

  • Lekki, przyjemna konsystencja, błyskawicznie się wchłania. Dla cer bardzo tłustych – jak znalazł. Dla cer z oznakami przesuszenia może być niewystarczający. Jednakże nie zapchał, krzywdy nie zrobił, wysypu nie zaobserwowałam.
  • Napina skórę, wygładza zmarszczki, ale tylko troszeczkę i krótkodystansowo. Nie wiem jak działa na dłuższą metę, po powiedzmy paru miesiącach stosowania – może i czyni cuda. Ale nie przekonam się, mam inny typ.
  • Nawilżenie na poziomie miernym, zupełnie nie tego się spodziewałam po ślimaku. Bez wspomagania nie ma co liczyć na utrzymanie tapety w stanie względnie nienaruszonym.

Jestem o wiele bardziej zadowolona ze ślimaczka od TonyMoly:) Ten nawilżył jak trzeba, czekam na kolejne próbki od Madzialeny, potestuję dłużej, opiszę i może, może skuszę się na pełnowymiarową wersję.

HOWGH.

kolejna paczka z Korei – tym razem wersja mini

Rozdarta pomiędzy problemami zdrowotnymi a sprawami uczelnianymi (te pierwsze ustępują, a tych drugich ostro przybywa) z trudem jestem w stanie znaleźć czas i natchnienie na wyczyny literackie. Wracając do domu z reguły robię „klap” na łózko i kimam, a po wybudzeniu z drzemki załączam sobie tryb zombie i przeglądam Internety bez zbytniego angażowania komórek mózgowych.

magisterka, magisterka.

Doszła do mnie mini paczuszka zamówiona przez ebay. Znowu od tego samego sprzedawcy, i znowu coś jest nie tak. No cholera.

Zamówiłam miniaturki z antytrądzikowej serii pod wezwaniem dr.Jart+, Sensitive Sun Cream oraz Spot Out. Mini-tubka z filtrem jest perfekto, pełna, cała i tak dalej. Ale już ta z żelem antytrądzikowym –  praktycznie pusta. Odkręciłam zakrętkę radośnie, ojej, popatrzę co to, powącham, potestuję. Naciskam leciutko. Nic nie leci. Naciskam odrobinę mocniej, bojąc się by nie wylać przez przypadek połowy zawartości. Nic. Jeszcze mocniej. Znowu nic. Kiedy przycisnęłam plastik tak, jak tubkę kończącej się pasty do zębów, na dziurce aplikatora pojawiła się kropelka płynu.

Teoretycznie w tym czymś powinno być 5ml produktu. Tam 1 ml nie ma. Ktoś sobie z kulki leci. Nie wiem, czy sklep czy dystrybutor. Ja wiem, że to byle co, ale rany julek. Jedno zamówienie może się spieprzyć, bywa. Ale dwa pod rząd? I tutaj nawet ich rewelacyjny kontakt z klientem już za wiele nie pomaga. (Feedback mają świetny, miło, szybko, grzecznie).

W imię zapomnianych próbek z poprzedniego zamówienia dorzucili mi jedną bonusowo. No łał. Szał ciał i uprzęży.

Zawartość mini-paczki prezentuje się tak:

    • wspomniane powyżej mazidła dr.Jart, to te dwie małe tubki
    • zamówiony pakiet trzech próbek Missha Super Aqua Cell Renew Snail Cream, czyli kontynuacja mojej ślimaczkowej manii.
    • próbka Missha Time Revolution Wrinkle Cure Melting Rich Mask Cream, te azjatyckie nazwy…
    • próbka ACNE-X Claryfying Toner, nie bardzo dla mnie, nie używam toników odkąd przerzuciłam się na hydrolaty
    • TonyMoly AC Control Acne Cleansing Foam, takich cudów też nie stosuję, luv olejki z emulgatorem.
    • TonyMoly Tomatox, a tego już jedną saszetkę mam, czeka na swoją kolej, druga też się pewnie przyda.

 Cóż, czyhanie na darmowe próbki zawsze było loterią. Wolę jednak zamawiać konkretnie to co chcę, chociaż wtedy odpada element Niespodzianki. A ja kocham niespodzianki:)

Skończyłam listek Snail Nutrition Triple Function BB Cream od Skin79, i nie powiem, mocno korci mnie by zamówić całe opakowanie. Zrobię  oddzielny post z mini-recenzją po 3 użyciach (ślimaczek wydajny jest ekstraordynaryjnie). Zastanawiam się tylko, Wersja 15g czy od razu szarpnąć się na 40g? Swoje kosztuje, a boję się, czy mnie na dłuższą metę na zapcha. Do tego dochodzi kwestia podróbek, produkty Skin79 są podobno reprodukowane na prawo i lewo, zna ktoś wiarygodnego sprzedawcę?

Z niusów pozakosmetycznych – goję się po operacji ładnie, i już sobie spokojnie śmigam, bez zbytniego forsowania, ale jest dobrze. I z tejże okazji dołączę na sam koniec katechezę.

Laski, badajcie sobie piersi. To ważne. Częste samobadanie + regularne wizyty kontrolne u lekarza + przynajmniej raz do roku USG. Parę godzin wystanych w kolejkach w przychodniach nikogo jeszcze nie zabiło, a zaniedbanie – TAK. Naprawdę wiele osób. 

Tony Moly, czyli ki diabeł? Pierwsze starcie.

Nic tak nie ustawia humoru na cały boży dzień, jak wizyta listonosza z rana, i od razu z dwiema paczkami. Luv. Osładza to nawet konieczność zawleczenia swojej własnej smętnej osoby na zajęcia na uczelni, o zgoła nie cywilizowanej godzinie.

Nie radzę sobie z porankami. Bardzo nie radzę.

Błąkając się po necie trafiłam  na bloga Madzialeny. Niewiasta ta trudni się od jakiegoś czasu próbą otworzenia pełnowymiarowego sklepu internetowego z produktami koreańskiej firmy Tony Moly. Sklep będzie tutaj, a tymczasem zapoznać się z ofertą można za pośrednictwem zakładki „mini-sklepik” na wspomnianym blogu.

Skuszona wyjątkowo niskimi cenami próbek (kaman, taniej niż na ebayu), naskrobałam maila z prośbą o przesłanie mi paru arkuszy. Kontakt był rewelacyjny, raz-dwa się dogadałyśmy, paczka została wysłana błyskawicznie i już dzisiaj ucieszyła moje oczy. W środku znalazłam wszystko, o co prosiłam, + mały bonus w postaci dwóch dodatkowych próbek (to zielone cuś w lewym dolnym rogu zdjęcia i baza pod podkład Sephory – dziękuję bardzo, zieleniec się przyda, a z bazy ucieszyła się koleżanka, u niej się sprawdzała kiedyś bardziej niż u mnie). Dzięki jeszcze raz:*

Jak widać po prawej stronie, do Tony Moly Expert Triple BB Cream już się dobrałam.

Pierwsze wrażenia?

  • dosyć treściwy, „kremowy”, ładnie się rozprowadza, ale trzeba uważać, by nie przesadzić. Można zrobić nim maskę
  • kolor lekko różowawy, jasny, ale bez przesady. Po wtopieniu się wygląda bardzo ładnie, podobnie do Lioele Triple Solution (który jest bardziej żółtawy). Róż nie jest zbyt intensywny, na mnie (jestem odcieniowym mieszańcem) prezentuje się dobrze.
  • krycie (znowu) prawie jak w Lioele Triple the Solution. Ogólnie jakieś podobne są. Solidne, przykrywa mniejszych wrogów na twarzy, na większych przyda się korektor, tradycyjnie.
  • daje przyjemny efekt zdrowej cery,  bez zbędnego połysku, ale i bez tępego matu. Moja tłusta skóra jednak domagała się lekkiego przypudrowania.
  • a po powrocie z uczelni… – trwałość. Z tym jest cienko. Po około 3h zaczął się świecić, po 5 wyglądał jak-cię-mogę, wlazł drań w pory, suche skórki i osadził się w zmarszczkach mimicznych. Na odległość raczej nie rzucało się w oczy, ale z bliska perfekcji już nie było. Fakt faktem, mam dziś słaby dzień, może też nałożyłam bb cream zbyt grubą warstwą. Efekt początkowy był super, z tym świeceniem u mnie to nic dziwnego (a ostatnio zmieniłam krem matujący, na Tołpa dermo face, sebio, i jakoś ani fluidy ani kremy bb się z nim nie dogadują na dłuższą metę). Przetestuję jeszcze, może bez wstępnego zagruntowania cery, na inny krem, w jakiś wolny dzień. Ma potencjał, to pewne.
  • Dla w miarę zbalansowanej cery będzie jak znalazł, wyrówna i zakryje co trzeba. 

W drugiej tego dnia paczce znalazły się dwa zamówione przez mnie na Allegro maleństwa: minaturka 5ml dr.Jart BB Silver oraz próbka „ślimaczka”- Snail Nutrition BB Cream, firmy Skin79. Transakcja była przyjemna, przesyłka bardzo szybka. Do tego słodki dodatek – miło, ale takie działania powinny być zakazane. Tak się starałam ograniczać słodycze, a tu: czekoladka. I to z advocaatem. Moja wola została złamana, chlip.

Przy okazji: czy to nie zabawne, w każdej przesyłce którą człowiek otrzymuje, największą radość sprawiają właśnie te małe, darmowe niespodzianki – a nie przemyślana i opłacona właściwa zawartość. 

Srebrny dr.Jart będzie robił za korektor idealny, krycie ma spektakularne, na co dzień na całą twarz przyciężki, ale miejscowo – działa niczym kamuflaż. I nie jest różowy – wtapia się we wszystkie mazidła które mogę mieć na twarzy. Aktualnie wersja mini, do tej roli wystarczy, ale może kiedyś…:)

Co do „ślimaczka”. Bogiem a prawdą, za produktami Skin79 nie przepadam. Ich najbardziej popularne kremy bb mogę sobie o kant tyłka potłuc, kryć nie kryją, świecę się po nich jak wiadomo czemu wiadomo co – ot, moja mieszana cera ich nie kocha – delikatnie ujmując. Jednakże poczytałam sobie ostatnio o hajpie na kosmetyki z zawartością śluzu ślimaka – podobno cuda czynią cerom problemowym. Stąd próbka w moim posiadaniu. Bliżej opisywać zagadnienia nie będę, kto zechce, to zapyta wujka Google.

Nawiasem mówiąc, dwie z saszetek od Madzialeny zawierają ślimaczkowy krem (a jakże) TonyMoly. A z ebaya leci do mnie wersja Misshy. Śliiiimaaaaki, śliiiimaaaaki. Obrzydliwa nie jestem, lubię ślimaki:)

A, i jeszcze jedno. Wczoraj doskrzydełkowały do mnie próbki z Meow Cosmetics. Siedzę otoczona  proszkami i dumam. Z rozpędu strzeliłam sobie do nich dwa pędzle, niedrogie, jak dla początkującej, i zastanawiam się jak ogarnąć te „mineralne minerały”. Na razie drogą eliminacji wyłoniłam ze stosu dwa odcienie, Sleek Mau i Sleek Korat, z tym, że jeden jest różowawy, a drugi żółtawo-beżowy. I wydaje mi się, że oba mi pasują. Desperacja.

Nie kryją też, jak się spodziewałam (Flawless Feline). I na co je kłaść? Podrzuci ktoś pomysł na dobrą bazę pod minerały?

Meow meow. Ale to już temat na osobną notkę.

The Face Shop Black Head EX Nose Clay Mask, czyli o depilacji doskonałej

Nie będę ukrywać, że mam dość zaawansowany problem z zadomowionym na mojej twarzy plemieniem czarnych głów. Uparte toto i nawet kwasy nie potrafią skłonić go do spakowania manatków i zabrania się z mojego nosa. Na co dzień tapeta swoje robi, ludzi raczej nie straszę, ale w życiu każdego człowieka bywają momenty, gdy musi pokazać się bez makijażu – no i zonk.

Skóra moja przypomina trochę krajobraz księżycowy, z adekwatną ilością kraterów, więc na początku nie przewidywałam większych komplikacji z zastosowaniem standardowych naklejanych na nos pasków. A tu figa. Nie ruszają mnie właściwie wcale, te cudowne chwalone paski Nesura robią mniej niż lekki peeling.

Przeczytałam w Sieci o mazidle będącym tematem tej notki, i co tu kryć, zapaliłam się. Formuła maski, nie płatka tkaniny, z definicji pozwala na idealne dopasowanie się do krzywizn rysów twarzy. Ta-DA-DAM, czyżby długo oczekiwane wybawienie?

Zaaplikowałam sobie to cudo na twarz prawie od razu po rozpakowaniu pudełka (po rozgrzaniu twarzy, otworzeniu porów itd ). Ale oczywiście przecież nie należy wierzyć producentowi, jeśli napisał że dany produkt należy stosować na NOS, no skąd, trzeba być cwanym i uznać, że wie się lepiej, i że na pewno, ale to na pewno nie zaszkodzi.

I przeinteligentna Caryca radośnie nałożyła lepką maź na całą strefę T + część policzków. Dość grubą warstwą (krótka uwaga o wydajności: maska starczy może na 4-5 aplikacji na sam nos). Schło długo jak diabli, powyżej 30 minut, tak na kamień. I wtedy się zaczęło.

Zrywałam maksymalnie delikatnie, a i tak myślałam, że umrę teraz, w tym momencie, zostawcie mnie, nie zdejmę tego, będę tak żyła z szarą gliną na twarzy. Chciałabym zaznaczyć, że raczej nie jestem typem „aj! to kłuuuuje! mamusiuu, ja już nie moooogę, boooli!”. Swoje woski się przeżyło.

Procedura trwała z kwadrans, a kiedy załzawionymi oczami spojrzałam na trzymaną w dłoni skorupę…

Wkurzyłam się. Centralnie, całkowicie i bezkompromisowo. Maska z całego obszaru który objęła usunęła może 5 (słownie: PIĘĆ) czarnych głów. A cała jej powierzchnia była pokryta małymi włoskami, meszkiem, który wcześniej znajdował się na mojej twarzy. Zgarnęła wszystko na gładko, co oczywiście przypłaciłam podrażnieniem i małym wysypem. Zaczęłam podejrzewać, że na tych krążących po necie zdjęciach pokazujących „efekty”, widać tak naprawdę właśnie jakieś grubsze włoski, psiamać.

Znaczy, nie mam pretensji o zlikwidowanie mojego meszku na czole, bo sama byłam taka mądra i nałożyłam tam maskę, ale na nosie konsekwencje były identyczne. Jakbym chciała mieć wosk do twarzy, to bym kupiła wosk do twarzy, a nie maskę usuwającą zaskórniki. tym bardziej, że mam dość zanieczyszczoną cerę, jeśli (po zadbaniu o otwarcie porów) z mojej skóry niczego nie „złapało”, to z jakiej złapie?

Cholera wie, może dla kogoś się nada, każda twarz jest inna. Ale ja mówię tej paciai duże, tłuste NIE.