Tag Archives: szałciałizakupów

Krótki powrót z zaświatów – znowu Hebe Hałl

Dzisiaj będzie bez autorskich zdjęć, bo jedyny aparat jaki posiadam to ten w moim hipersupernowoczesnym smartfonie, i ówże cud techniki wziął i mi padł. Znaczy nie całkowicie, ale bateria wyciąga do 6% i leci w dół. Co średnio zezwala na robienie fotografii.
Mam też aktualnie nieziemski syf w pokoju, ale to nieważna, poboczna kwestia:)
Chyba stopniowo będę wracać, bo „ogarnęłam” studia. Znaczy, powtarzam ostatni rok, ale nie jest to takim złym rozwiązaniem. Przynajmniej na magisterce się porządnie skupię (a przynajmniej mam taką nadzieję).

Na świeżo, moje dzisiejsze nabytki. W drodze powrotnej z uczelni wpadłam do Hebe na Jerozolimskich, oczywiście tylko po maszynki i maskę do włosów. Maski upragnionej nie było (mleczna Kallos), ale oczywiście z pustymi rękoma wyjść nie mogłam.
Mam wrażenie, że tak zaczyna się większość opowieści o zakupach. Poszłam po jedno, wylazłam z czymś innym. Z wielością „innych”.
Wykorzystałam też moją kartę Hebe, i włala: na paragonie znalazłam adnotację o aż 80 gr. rabatu!
W sumie, zawsze coś. Nie żebym marudziła.

Po kolei:

  • meine beloved maszynki Gillette Blue 3, których używam zamiennie z czerwoniastymi. Żadne Wilkinsony czy Bic się nawet nie umywają. I mówię to ja, weteran maszynkowy (z pewnych przyczyn nie dla mnie woski i kremy, lasery jak na razie też).
  • Odżywka Gliss Kur z nowej linii Marrakesh Oil & Coconut. Po krótkim rzucie okiem na skład – akceptowalny, jeśli ktoś nie unika silikonów (bo oczywiście, są, chociaż nie w nadmiarze). Trochę oleju arganowego, ekstrakt z kokosa, pantenol, keratyna – oczywiście przywalone masą „wypełniaczy”, ale nie wygląda to źle. Tym, co mnie uwiodło jest – ZAPACH. Właściwie prawie identyczny jak w brązowej serii Timotei, tej z henną. Mrrrrrrrhmhmm.
  • zamiast Kallosowego słodkiego mlecznego ulepka – Sleek Line Mask Hair Repair z jedwabiem. Recenzje zbiera niezłe, wypróbujemy. I tak planuję ją podrasować, jako że od paru dni przychodzą moje comiesięczne zamówienia z ZSK i Mazideł. Keratyna i białka jedwabiu stoją od zeszłego miesiąca, a teraz dofrunęła masa ekstraktów. I l-cysteina. Chociaż śmierdzi tak, że nieeebioooosa. Nie wiem kiedy się przełamię i zrobię płukankę. 
  • I właściwie główna inspiracja do notki, i coś, co doczeka się opisanego testu. Kiedyś. W Hebe oczywiście podreptałam do wieszaków z maseczkami. I oto mnie zamurowało. Koreańskie maski   w formie płacht na oblicze? Po 3,99zł? Yay. Posiedziałam chwilę i na początek wybrałam dwie. Rozświetlającą z arbutyną i kolagenową z ogórkiem. Firma: Purederm, Skin Recovery  produkcji Adwin Korea Corp. Składy głównie na glicerynie, są PEGi, ale i uczciwa ilość ekstraktów. Zaniepokoiła mnie trochę adnotacja (po angielsku, nie przetłumaczona na polską naklejkę), aby nie stosować na skazy skóry i wypryski. No zaraz, arbutyna i ogórek? Rozjaśnienie przebarwień? Moim zdaniem idealnie pasuje to do cery problemowej. Pytanie, co w składzie może tak podrażnić, że aż odradzają? Chyba, że to jakaś forma dmuchania na zimne? Nie mogę się powstrzymać: mają uroczą literówkę na przetłumaczonej etykiecie – Indredients. Czepiam się, wiem, ale ja to kocham. Jak te dwie się sprawdzą, skuszę się na inne. Perłowa wyglądała zachęcająco.

I na dzisiaj to chyba tyle. Opisywać mam co, nazbierało się bebików, próbek. Testuję też ostatnio sephorowo-douglasowe fluidy, by wybrać ten jeden, idealny, który wytrzyma moje 13h w pracy w paskudnej klimatyzacji. Na razie najwięcej punktów zebrały Guerlain Parure Extreme i Estee Lauder Double Wear. Drugi z nich miałam parę lat temu, ale nie wspominam go zbyt dobrze. Był zbyt ciężki i zapychał. Czy skład się zmienił czy to moja skóra?

Jutro praca. Bu.

:*

Hebe cośtam, Biosilk, Kallos i Korres.

Planowałam, że dziś po zajęciach zajrzę do drogerii Hebe na Jerozolimskich. Po drodze mam z uczelni, a byłam ciekawa ich aktualnej oferty. Ćwiczenia mi się urwały z tytułu godzin dziekańskich, więc podreptałam sobie na spokojnie, zalewając się potem w ten upalny majowy dzień.

Dreptu dreptu, zbliżam się  i zbliżam, i narasta we mnie złe przeczucie. Wycinanki, baloniki, kwiatki, jacyś kolesie z kamerami, paru przystojniaków w fartuszkach i laska w zabawnym kostiumie. Rzut okiem wystarczył bym mogła stwierdzić – psiamać, na jakąś okazję trafiłam. Urodziny. Dżampreza, muzyka, konsultacje i inne takie rozpraszacze. To był ten moment (od 2 tygodni nie odwiedzałam drogerii – niesamowite, wiem), gdy naprawdę przycisnęła mnie już konieczność zakupienia paru drobiazgów, więc NIE obróciłam się na pięcie i NIE zwiałam.

Nie zrozumcie mnie źle, marudzi tylko moja aspołeczna część, która przez to całe zamieszanie nie była w stanie należycie się skoncentrować na kosmetykach. Ogólnie rozumiem takie działania, i pochwalam, bo to w sumie fajna akcja. Ze zniżek skorzystałam, parę bonusów dostałam… Ale oczywiście zestresowana zapomniałam o kilku mazidłach, które KONIECZNIE muszę mieć. Phaw. 

Nie przejrzałam przedniej części sklepu, bo tam stał jeden typ z kamerą. Kątem oka uchwyciłam jakieś kolorowe słoiczki, zapoznam się z nimi bliżej następnym razem, gdy będzie już spokojniej.

W łapki mi wpadło parę artykułów pierwszej potrzeby + bajery. Podstawowym bajerem i obiektem mego pragnienia miał być pędzel do pudru EcoTools, ale ups, nie ostał się. Chociaż jak spojrzałam na ceny tych, które wisiały na ściance, to mi się nieco goręcej zrobiło. Chyba po prostu zamówię komplet z iHerb, prawie dwukrotna przebitka nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.

Bajerem pierwszym wybranym została maska Crema Al Latte od KALLOSa. Recenzje na wizażu ma, że proszę siadać, tania jak barszcz – wypróbujemy. Jeden haczyk – pachnie tak słodko, że przed zastosowaniem będę chyba musiała łyknąć jakieś prochy przeciw mdłościom.


Bajer drugi został mi zaproponowany przez dziewczynę z obsługi. Zaczepiona standardowym „czy mogę pomóc”, wypaliłam, że szukam odżywki do włosów bez spłukiwania, czegoś, co by wygładziło moje smętne, postrzępione piórka. Zaproponowała mi Biosilk Treat – Silk Filler. Droższy był od używanym przeze mnie standardowo specyfików, ale nie nokautował. Butelka spora (350ml), dozownik wygodny. Raz kozie śmierć, wzięłam, przetestowałam w domu od razu po powrocie i powiem, że zapowiada się nieźle.

Z reguły nie radzę się ekspedientek w drogeriach, kosmetyki są delikatnym tematem.

Przemiła kasjerka namówiła mnie na kartę stałego klienta (ujęła mnie obietnicą 10 zeta zniżki, brakiem spamu i niespodziankami z tytułu urodzin – moje w sumie niedługo, więc niech się postarają). Dorzuciła masę duperelek typu podgrzewacze o zapachu bursztynu (ke? zapach bursztynu?), świeczka firmowa Hebe (duża, pomarańczowa, zostanie po niej wyczepisty świecznik), saszetkę do torebki od Pachnącej Szafy – Kwiat Pomarańczy, oraz próbka karczochowego (!) szamponu eko do włosów tłustych od Monotheme.

Powiem, że przeraża mnie trochę, gdy kasjerki idealnie trafiają z typem mojej skóry/włosów w momencie dorzucania próbek. Niby dobrze, ale sprawia to, że myślę – santa maria madonna, AŻ TAK WIDAĆ? Wczoraj zabiła mnie babka w Douglasie, dodając mi do zakupów 3-step dla cery mieszanej od Clinique. A miałam (i mam, dzięki ukochanym kwasom, bardzo BAD FACE DAY. Wróć, week. Month, mać.) Po czymś takim pozostaje tylko iść i popłakać w kącie – albo się urżnąć w trupa. 

Wczoraj natomiast zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie mojego

Balsamu Wszech Czasów.

Nie ze względu na skład, bo niby eko, ale powalająco powalający nie jest. Nie ze względu na właściwości nawilżające – jest dobrze, ale bez opadu szczęki. Ale TEN ZAPACH.

Moje absolutne LUV, proszę państwa, Korres, Kings&Queens, Caspar Myrrh Body Milk.

Pachnie obłędnie, zima czy lato, wiosna czy jesień, pasuje i układa się na skórze idealnie. Co prawda takie wyraziste aromaty trzeba lubić (wieerrrci w nosie, że hej), ale w moje gusta trafia bez pudła. Wygładza, i w dotyku i wizualnie – ale bez chamskiego, tłustego połysku. Nakręcam się na mleczko nadające blask (z drobinkami), i na żel pod prysznic – chociaż tego drugiego stacjonarnie jeszcze nie widziałam. Z innych wersji korci mnie chyba tylko Tytoń. Mirra jest doskonała.

Do kompletu muszę strzelić sobie perfumy, w miejsce nieodżałowanej Habanity od Molinarda. Wiedźmę na pewno jeszcze raz kupię, ale raczej na sezon jesienno-zimowy. W upały robi się na mojej skórze trochę zbyt trupia. Teraz szukam czegoś słodko-gorzko-miękkiego. Ciężko trafić na korzenne, ciepłe perfumy nie dosłodzone ładunkiem cukru z trzech ciężarówek.

Skończyły mi się filtry, w tym miniaturka dr.Jart, o której na dniach napiszę. Jestem na kwasach, a filtry w bb kremach mogą nie być wystarczające. Waham się pomiędzy zamówieniem TheFaceShop Natural Sun SPF 45 PA+++Innisfree Eco Safety No Sebum Sunblock SPF 35 PA+++. Zależy mi, aby filtr nadawał się pod makijaż, dobrze trzymał mat i nie bielił za bardzo facjaty. I żeby chronił przed słońcem, ale to oczywista oczywistość (i obietnica najtrudniejsza do dotrzymania). Nie znam się zbytnio na filtrach, ale Innisfree zawiera chyba tylko fizyczne? Czy to wystarczy?

I na koniec gorzka uwaga – minęły ponad dwa tygodnie kwasów, na obliczu dalej mam masakrę na masakrze na Guernice. Jeszcze dwa poczekam na JAKIEŚ efekty, chociaż powoli wymiękam. Na razie mam wrażenie, że dorobiłam się tylko kolejnych blizn, których będę musiała się w bólach dłuuugo pozbywać. Jeśli nic z tego nie będzie po miesiącu, proszę, gdy następny raz coś wspomnę o kwasach – niech KTOŚ mnie kopnie w odwłok. 

Dziękuję. 

Zrób Sobie Krem Hałl

Jak już na pewno wspominałam, jestem maniaczką półproduktów kosmetycznych. Pielęgnacyjnych specyfików drogeryjnych raczej unikam, ze względu na całą gamę występujących w nich zapychaczy, substancji podrażniających itede, których moja cera bardzo stanowczo nie kocha.

Kiedyś (po magisterce raczej) się skoncentruję i wysmaruję wpis o moich początkach z naturalną pielęgnacją. Aktualnie czasu niet, i ograniczę się do pomniejszych wzmianek.

Poniższe zamówienie zostało znacząco ograniczone w porównaniu do poprzednich przeze mnie złożonych. Zorientowałam się, że puszczam na półprodukty niesamowitą kasę, a część z nich leży i się kurzy. Bardziej skomplikowane mieszanki tworzę rzadko, ostatnio raczej skupiam się na nawilżających żelach z ekstraktami, olejkach eterycznych i (absolutna podstawa) olejkach myjących i hydrolatach. Luv hydrolaty miłością wielką i nieprzemijającą.

Tak więc, wiedziona głosem rozsądku, który w mojej własnej głowie wyzywał mnie od najgorszych, chwyciłam (wirtualny) ołówek i z koszyka na ZSK wykreśliłam mniej-więcej połowę zawartości. Zostawiłam jedynie to, bez czego nie mogłabym się obejść, + obiekty najgorętszego pożądania. Kwota do zapłacenia w magiczny sposób skurczyła się ponad dwa razy.

Ale żeby nie było tak pięknie, tę nadwyżkę finansową i tak wydałam na inne, całkowicie mi zbędne dobra. Tak, ja i oszczędzanie na kosmetykach. Ale ubaw.

Niestety, ZSK miało przerwę majówkową, więc na paczkę czekałam ponad tydzień zamiast zwyczajowych dwóch dni. A właśnie hydrolaty mi się pokończyły, z olejku myjącego zostało kilka kropli i ogólnie byłam na skraju depresji, myślałam że już będę musiała kupić coś w drogerii.

Żeby było weselej, przy kompletowaniu zamówienia OCZYWIŚCIE zapomniałam o tym cholernym olejku. Gdy sobie przypomniałam, już po opłaceniu, odkryłam, że wcale nie jest dostępny (teraz już tak, wtedy nie). Przeniosłam się na stronę BU, wybrałam parę rzeczy, opłaciłam… I zorientowałam się, że kliknęłam wszystko co chciałam – ale ZNOWU bez olejku. Kurna. Musiałam smarować maila do sklepu, na szczęście miło i szybko zmienili mi zamówienie. 

Paczka z ZSK przybyła dziś, tej z Biochemii spodziewam się jutro.

A teraz przejdźmy do zawartości.

Glinka biała „porcelanowa” – do tej pory stosowałam żółtą, przeznaczoną właśnie do cery mieszanej. Niestety, trochę jednak mnie podrażniała (minęły czasy, gdy mogłam nakładać na twarz solidną warstwę zielonej glinki). Przy jednym z zamówień, miesiąc czy dwa temu otrzymałam próbkę tejże białej glinki. Jest o wiele delikatniejsza, nie wysusza, przy tym nie można pominąć walorów estetycznych – szarobiała twarz straszy chyba trochę mniej od brudno-zielono-żółtej:) Zamówiłam 50 g i będę sobie robiła truskawkowe maseczki, yay.
 
Naturalne olejki: bergamotowy i z drzewa herbacianego. Zużywam średnio fiolkę każdego na miesiąc, są jedną z podstaw mojej pielęgnacji. O antybakteryjnych właściwościach drzewa herbacianego wie chyba każdy, to coś w rodzaju podręcznej rakietnicy na wypryski. Olejek eteryczny z bergamotki też działa antybakteryjnie, a przy tym ma absolutnie zachwycający zapach. Nie mogę się powstrzymać i ciągle dodaję parę kropel do brodzika przed prysznicem, świetnie mnie budzi o co bardziej barbarzyńskich godzinach.
 
Hydrolat z róży stulistnej – jeden z dwóch ukochanych hydrolatów (drugi to oczarowy). Tonizuje, łagodzi podrażnienia, nie wyżera twarzy jak większość drogeryjnych toników. Część zawsze wlewam do butelki z dyfuzorem, odrobina alantoiny, HA i niacynamidu – mam idealną mgiełkę do utrwalania makijażu. Mieszam go z olejkiem myjącym przy demakijażu.
 
Kwas mlekowy – do ustalania pH przy bardziej problematycznych formulacjach
 
TADAM! Oto dwa półprodukty których pożądałam od jakiegoś czasu, i na które w końcu się zdecydowałam. 
 
Hydromanil oraz kolagen z elastyną. HA nawilża mnie całkiem fajnie w odpowiednim stężeniu, ale nie radzi sobie zbytnio z moimi zmarszczkami mimicznymi. Jako że ciągłe włażenie tapety w te zmarszczki jest wkurzające, postanowiłam wypróbować kolagen. Nałożyłam odrobinę na czoło przed kremem pielęgnacyjnym, i po 8 godzinach jest całkiem całkiem. Zobaczymy. A o hydromanilu jeszcze napiszę więcej – gdy go porządnie przetestuję.
 
Bonusowo otrzymałam 5ml sproszkowanego korundu-mikrodermabrazji. Aktualnie używam peelingu ze skały wulkanicznej, ale to cudo też obaczymy:)
 
Edit: własnie zjawił się Pan Kurier z paczką z Biochemii, mrrr. O tym innym razem:)